Dziennik Gazeta Prawana logo

Dobro znów musi walczyć ze złem

18 stycznia 2008, 10:36
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Dobro znów musi walczyć ze złem
Inne
"Ciemność rusza do boju", ekranizacja odkurzonego klasyka fantasy dla nastolatków, nie sprawdza się ani jako baśniowe widowisko, ani jako familijna przypowieść o trudach dojrzewania.

Mało znany w Polsce cykl pięciu powieści fantasy dla młodzieży ma na świecie zagorzałych fanów, którzy właśnie w książkach Susan Cooper szukają źródeł dzisiejszego fenomenu "Harry’ego Pottera”. Nie bez racji, bo bohater cyklu powstającego w latach 1965-1977, nastoletni Will Stanton, był niejako Potterem swoich czasów. Na obecne jest już jednak zbyt anachroniczny i dla współczesnej młodzieży mało atrakcyjny.

Will przeprowadza się z rodzicami i piątką braci ze Stanów do angielskiego miasteczka. Kończy 14 lat, gdy dowiaduje się, że nie jest zwyczajnym nastolatkiem, ale siódmym synem siódmego syna, czyli ostatnim, najmłodszym z Prabraci, rasy potężnych nieśmiertelnych strażników sił Światła. Tymczasem po wiekach uśpienia powraca na Ziemię jeździec Ciemności i w ciągu pięciu dni osiągnie moc zdolną zniszczyć całą ludzkość. Chyba, że Poszukiwacz (czyli właśnie Will) odnajdzie do tego czasu sześć ukrytych świetlistych znaków i pokona wysłannika Ciemności w walce.

Walka sił dobra i zła od zawsze była motywem przewodnim fantasy. Tyle że dzisiejsza literatura z tego gatunku, tak za sprawą J.K. Rowling, jak i innych autorów jest już bardziej skomplikowana, pełna ambiwalencji, z której twórcy filmowej adaptacji pierwszej części pięcioksięgu Susan Cooper zupełnie zrezygnowali. A wątek przenikania się realnego życia z rzeczywistością magiczną, jedyny patent, jaki mieli na ten film, jest mało odkrywczy. Sam Will podejrzanie gładko, bez cienia zwątpienia przyjmuje do wiadomości kim jest i czego musi dokonać, z nieprzekonującymi oporami uczy się posługiwać rosnącą w nim mocą. Po czym trochę jakby od niechcenia dokonuje bohaterskich czynów, największe problemy mając z oddalaniem się od rodziny i nieśmiałością wobec pewnej uroczej rówieśniczki.

Kolejna to zatem bajkowa wariacja na temat trudów wieku dojrzewania, pozbawiona jednak ekscentryzmu "Harry’ego Pottera”, mitologicznej głębi "Opowieści z Narni”, a zarazem realistycznej świeżości niedawnego "Mostu do Terrabithi”. W scenach akcji jeszcze co nieco się dzieje. Gdy bohater przenosząc się w czasie, trafia w środek bitwy Wikingów albo ucieka przed zbyt mało demonicznym jeźdźcem w czerni przynajmniej się nie nudzimy, nie zżymamy na płynące z ekranu frazesy rodem z familijnych produkcyjniaków. Nie jesteśmy szantażowani lukrowanym wizerunkiem idealnej rodziny z traumatyczną przeszłością, ani zabawiani sztubackim humorem bez polotu.

Nawet jednak te najlepsze, najbardziej efektowne sceny, oderwane od reszty, nie smakują tak, jak powinny. Tym bardziej, że budżet na wyprodukowanie jakiegoś nadzwyczajnego widowiska nie pozwolił. Reżyser David L. Cunningham gna więc byle do przodu bez opamiętania, od ujęcia do ujęcia - nie dbając ani o kontekst, ani logikę. A czym dokładnie są Światło, Ciemność i o co toczy się cała wojna? Najwyraźniej miał Cuningham nadzieję, że nikt nie zapyta.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj