Dziennik Gazeta Prawana logo

Martin Scorsese: Stonesi to dżentelmeni

11 lutego 2008, 00:51
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Wybitny reżyser Martin Scorsese, największa gwiazda festiwalu w Berlinie, świetnie czuje się w towarzystwie muzyków. Z zespołem The Rolling Stones przypominają zgraną paczkę starych kumpli. Reżyser opowiada DZIENNIKOWI o swoim najnowszym filmie, który poświęcił właśnie Stonesom.


Bo przez te 40 lat próbowałem dobrze ich poznać. Po raz pierwszy spotkałem Micka Jaggera na jakiejś imprezie w Los Angeles pod koniec lat 70. Ale dopiero kiedy zaczęliśmy wspólną pracę nad projektem filmu fabularnego, zacząłem częściej chodzić na ich koncerty i obmyślać koncepcję filmu. Dopiero wtedy przekonałem się, że nic nie może się równać z ich występami na żywo. Moim zadaniem jako reżysera będzie uchwycić i zapisać na taśmie ich energię - piosenka po piosence. Bo co by mi dało siedzenie z nimi za kulisami? Co mógłbym pokazać, czego jeszcze nie pokazano? Podstawowe pytanie jest takie: co zostanie po Stonesach? Poglądy, skandale? Nie sądzę. Zawsze najważniejsza będzie muzyka. Poza tym nie jestem przekonany, czy oni są wciąż jeszcze takimi skandalistami jak kiedyś. Może pani w to nie uwierzy, ale Stonesi to prawdziwi dżentelmeni. Są bardzo grzeczni.


Od jakichś ośmiu, dziewięciu lat przygotowujemy z Mickiem projekt, który opowiadałby o kulisach biznesu muzycznego w Ameryce. Mick jest producentem, a ja reżyserem. Akcja rozpoczyna się w latach 60. i dociera aż do czasów nam współczesnych. Stonesi nie są bohaterami tego filmu, Mick jest raczej naszym konsultantem - moim i scenarzystów zaangażowanych w projekt. Dostarcza nam informacji, jak wówczas powstawały wytwórnie, jak się wtedy nagrywało płyty, kto na tym zarabiał i co się działo z pieniędzmi. Ten film to rodzaj dzikiej historii biznesu. Chcę pokazać przede wszystkim producentów, a nie muzyków. Twardzieli, którzy zrobili na tym fortuny. To będzie makiaweliczna historia pełna przemocy.


W latach 60., zanim udało mi się zrobić pierwszy pełnometrażowy obraz, często układałem listy piosenek, które chciałbym umieścić w swoich filmach. Moja rodzina należała do konserwatywnej klasy pracującej i w domu nigdy nie słuchaliśmy młodzieżowych stacji na falach UKF, zawsze leciało coś na długich falach. Pierwsza piosenka Boba Dylana, którą usłyszałem, to było "Like a Rolling Stone". Kiedy pojechałem na Woodstock, nie znałem połowy artystów, którzy pojawiali się na scenie. Teraz, na starość, coraz częściej piszę sceny pod konkretne piosenki - tak powstała spora część "Infiltracji". Dawniej ujęcie filmowe było dla mnie kombinacją opowiadanej historii i muzyki, teraz muszę mieć najpierw muzykę.


Raczej zostanę przy swoim starym repertuarze, bo nie znam nowego i jestem za stary, by się go uczyć. Piosenki z moich młodych lat były dla mnie niesamowicie ważne. Słuchanie ich powoduje, że w mojej głowie pojawiają się nowe obrazy, nowe pomysły. "Gimme Shelter" Stonesów występuje chyba w każdym moim filmie i potrafiłbym napisać jeszcze parę scen do tej piosenki.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj