Dziennik Gazeta Prawana logo

Przypowieść bez happy endu

13 stycznia 2009, 18:30
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Przypowieść bez happy endu
Inne
Spotkanie z „obcym”, które pomaga odmienić życie na lepsze. Widzieliśmy to w kinie już wiele razy. Thomasowi McCarthy’emu udało się jednak powiedzieć na ten temat coś ciekawego własnym głosem.

Główny bohater, Walter Vale (rewelacyjny Richard Jenkins) jest profesorem ekonomii. Uczy tego samego od dwudziestu lat, pisze książkę, bierze udział w naukowych konferencjach, ale tak naprawdę nie robi nic. Do bólu samotny udaje, że żyje, pracuje. Wiemy o tym od samego początku, ale bohater przyzna się do tego dopiero pod koniec filmu zwierzając się obcej kobiecie, która niespodziewanie, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak stała mu się bliska. A wszystko zaczyna się właśnie od przypadkowego spotkania z parą nielegalnych imigrantów w pustym nowojorskim mieszkaniu. Przez jakiś czas mieszkają razem. Walter, pochodzący z Syrii Tarek i Zainab z Senegalu.

Nie wiemy jak wyglądało życie Waltera wcześniej. Mamy tylko strzępki informacji, urywane słowa. Żona Waltera była znaną pianistką. Zmarła, syn mieszka w Londynie i prawie się nie odzywa, a on sam bezskutecznie próbuje nauczyć się grać na fortepianie, chcąc dogonić cienie przeszłości. Gdy spotyka Tereka, ten uczy go grać na afrykańskim bębnie. Okazuje się, że Walter ma talent. Po raz pierwszy od dawna się uśmiecha, przestaje się bać kontaktów z innymi ludźmi.

I wtedy film o potrzebie międzyludzkiego ciepła, humanistycznego oswojenia inności zmienia się nagle w dramat. Tarek trafia do aresztu imigracyjnego, Zainab się wyprowadza, a Walter znów zostaje sam. Do czasu, gdy do Nowego Jorku przybywa matka Tareka, Mouna. Wynajmują adwokata i próbują walczyć o uwolnienie więźnia. „Spotkanie” uderza teraz w ton rozrachunku z upadkiem amerykańskich wartości. Pokazuje kraj, który z gościnnego dla wszystkich poszukujących wolności azylu zmienił się po zamachach na WTC w niemal policyjne państwo we wszystkich obcych widzące potencjalnych terrorystów. Dobre intencje dobrych ludzi zderzają się z bezduszną machiną.

Mimo jednostronności takiego nieco nagiętego portretu, McCarthy’emu udało się nie popaść w publicystyczną demagogię. Zachował intymną tonację opowieści, ciężar narracji zrzucając na drobne gesty, oszczędne dialogi, zwyczajne sytuacje. Dzięki temu ze spotkania dwojga doświadczonych przez życie ludzi Waltera i Mouny, udało się wydobyć naturalną moc wzruszania, pokazać rodzącą się bliskość bez jakichkolwiek dopalaczy. To spotkanie nie zmieniło nic, a jednocześnie zmieniło wszystko. I tak oto kontestacja dzisiejszej Ameryki, intymna historia przekraczaniu barier i humanistyczna refleksja o cywilizacyjnych odmiennościach splatają się w skromną, mądrą, wolną od fałszywego patosu przypowieść o życiu. Bez happy endu, a jednak z krzepiącą wiarą, że Ameryka może być jeszcze krajem dla starych, dobrych i wolnych ludzi. Tyle, że bardziej dzięki afrykańskim bębnom niż Barackowi Obamie.

p

---------------------

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj