W 1975 r., kiedy startowałem z "Apostrophes", łatwiej było się przebić z programem literackim w telewizji niż teraz. Po pierwsze dlatego, że była
mniejsza konkurencja - wtedy we Francji mieliśmy cztery kanały. Po drugie publiczność była inna. Francuzi byli w stanie przez godzinę i piętnaście minut oglądać ludzi, którzy siedzą przy
stole i rozmawiają. Po trzecie literatura nawet we Francji nie ma już takiego samego znaczenia jak kiedyś. Kiedy powstawała telewizja francuska, jej twórcy wiedzieli, że chcą mieć program
literacki. Literatura jest bliska wrażliwości francuskiej - nie można sobie było wyobrazić nowego medium we Francji bez tematyki literackiej. Mój pierwszy program literacki zacząłem
prowadzić w 1973 r. pod tytułem "Ouvrez les guillemets" (Otwórzcie cudzysłów).
To prawda, że z dzisiejszej perspektywy wpływ, jaki miał mój program, wydaje się mityczny. Dlatego zawsze mówię, że miałem wielkie szczęście. Trafiłem do telewizji w najlepszym momencie -
kiedy rozkwitała, i odszedłem, kiedy zaczęła się staczać.
Nie, absolutnie. To do mnie się zgłoszono. Ktoś uznał, że będę się nadawał. Zresztą po pierwszej emisji programu "Ouvrez les guillemets" szefowa kanału zadzwoniła do
mnie ze słowami: powiem panu trzy rzeczy. Po pierwsze program nie był dobry. To normalne, bo to pierwszy odcinek. Po drugie proszę nigdy już nie zakładać marynarki, którą miał pan na sobie,
bo wygląda pan w niej jak kelner. A po trzecie jest pan stworzony dla telewizji.
Pierwszy program, "Ouvrez les guillemets", był czymś w rodzaju wprawki. Natomiast w 1975 r. wystartowałem z "Apostrophes", trzeba przyznać, dość
spektakularnie: z Nabokovem, Sołżenicynem, Mitterandem. Była też pamiętna debata między pisarzem izraelskim i poetami palestyńskimi - coś wówczas absolutnie nie do pomyślenia.
Najbardziej denerwowałem się przed spotkaniami ze sławami z zagranicy: z Sołżenicynem, Nabokovem, Arthurem Millerem czy Trumanem Capote'em - nigdy nie byłem pewien, czy stanę na wysokości
zadania. Nabokov poprosił mnie, żebym mu nalał whisky do filiżanki do herbaty, bo nie chciał dawać Francuzom złego przykładu i pić alkoholu na wizji. Whisky ma ten sam kolor co herbata.
Poprosił: niech mi pan powie od czasu do czasu "może jeszcze herbaty, panie Nabokov?". A więc tak mówiłem, a on odpowiadał: bardzo chętnie, panie Pivot. Charles Bukowski
natomiast upił się podczas programu. Wypił dwie butelki białego wina i w pewnym momencie zaczął przerywać innym - w tym programie było kilkoro pisarzy. Jeden z nich powiedział mu: zamknij
się. W końcu Bukowski musiał po prostu wyjść, bo już się nie nadawał do rozmowy. Powiedziałem: okazuje się, że ten Amerykanin nie umie utrzymać butelki. To był wielki skandal - program
odbywał się na żywo. Teraz skończyłoby się na trzech linijkach w gazecie, wtedy jednak nie mówiono o niczym innym. Ale bywało dużo gorzej. Zdarzali się np. strajkujący, którzy okupowali
scenę. Raz na widowni ktoś wyjął nóż i zagroził, że poderżnie sobie gardło, jeśli Jospin, który był wówczas ministrem edukacji, nie zadzwoni natychmiast do studia i nie obieca, że
zmieni jakąś ustawę dotyczącą edukacji narodowej.
On nigdy nie zgadzał się na wywiady. Jego prawo. Nie ma z nim żadnych wywiadów, nawet po angielsku. Ale ponieważ ja wtedy byłem młody, a w młodości człowiek uważa, że wszystko może,
pojechałem do Montreux w Szwajcarii, udałem się do starego pałacu, w którym mieszkał ze swoją żoną, i zaprosiłem go do programu. Wszyscy mi mówili: nie ma szans. Ale widać z jakiegoś
powodu mu się spodobałem, bo powiedział "tak". Ale pod jednym warunkiem: przyśle mi pan wszystkie pytania na piśmie, a ja napiszę odpowiedzi i podczas programu będę czytał
z kartki. Normalnie dziennikarz powinien odmówić, ale miałem przed sobą Nabokova, który był dla mnie jednym z największych pisarzy XX w. Nabokov napisał piękne odpowiedzi i podczas programu
położył przed sobą stertę książek, żeby nie było widać, że czyta. Czytał, robił pozy, wznosił oczy do nieba - odgrywał całą komedię.
W sumie nakręciłem z nim cztery odcinki. Dwa razy w moim studiu, raz u niego w Stanach Zjednoczonych, a ostatni raz w Moskwie w 1997 r. W Ameryce, w 1982 czy 1983 r., zadałem mu m.in. pytanie: czy
myśli pan, że kiedyś wróci do Rosji. Powiedział: jestem tego pewien. Zostanę pochowany w mojej ziemi. Wszyscy to potem komentowali: biedak, cały czas się łudzi. No i wyszło na jego. Wiele
lat przed upadkiem muru berlińskiego to wiedział.
Marguerite Duras nie była łatwa. Przede wszystkim trudno ją było zmusić, żeby przyszła. A w czasie programu zamierała na długie chwile. Cisza w telewizji zabija, więc najpierw próbowałem
przywoływać ją do porządku. Ale potem zdałem sobie sprawę, że to zły pomysł. Że jej milczenie jest tak samo ważne, jak jej słowa. To była taka muzyka: krótkie zdanie i cisza. Zdanie
dłuższe, pauza w środku i potem dalszy ciąg.
To nie było na żywo, bo w programie brał udział Marcello Mastroianni, który wieczorem musiał grać w teatrze. Poza nim i Polańskim był jeszcze Francois Truffaut. Przy czym Polański
spóźnił się pół godziny. Byłem zdenerwowany, zacząłem do niego wydzwaniać. Pamiętam, że Marcello Mastroianni powiedział do Truffaut śmieszną rzecz: cóż, Polański to gwiazda!
Niestety jako dziecko mało czytałem, wolałem grać w piłkę nożną. Zacząłem dużo czytać, kiedy miałem 20 lat. I to tylko dlatego, że zostałem zatrudniony na stażu w piśmie literackim.
Zdałem sobie sprawę, jakie to wspaniałe, gdy można dostawać pieniądze za czytanie. Napisałem jedną powieść, ale zrozumiałem, że nie mam talentu. Spotykałem pisarzy i widziałem, ile
poświęcali dla literatury - spędzali dni i noce na pisaniu, zaniedbywali rodzinę. Nie chciałem tego - a zresztą nie umiałem. Uznałem, że lepiej być dobrym dziennikarzem niż złym
pisarzem.
Od ponad piętnastu lat prowadziłem "Apostrophes" i chciałem wrócić nieco do innych dyscyplin kulturalnych. Na początku w "Bouillon de culture" była więc
także sztuka, muzyka, kino, teatr, ale z czasem naturalnie wróciłem do mówienia tylko o książkach. Ostatecznie tam było moje serce, w tym byłem najlepszy.
Na pewno nie tak samo, ale nie wiem jak. W gruncie rzeczy nie ma nic mniej telewizyjnego niż rozmowa o książkach. Książka leży, jest płaska, nie rusza się. Jak ją ożywić? Pewien francuski
krytyk w programie wyrzucał książki, które mu się nie podobały, ale mnie takie gesty rażą.
Oczywiście. Gdybym chciał rozmawiać tylko o arcydziełach, mój program odbywałby się raz na rok. Raczej nie zapraszałem ludzi po to, by ich niszczyć - zamiast tego można przecież ich nie
zapraszać. Ale owszem, czasem zdarzało mi się mówić ludziom w oczy, że napisali okropne rzeczy. Nigdy jednak debiutantom - wyłącznie osobom znanym. Był np. taki popularny pisarz i sławny
homoseksualista Roger Peyrefitte. Napisał koszmarną książkę wspomnieniową "Propos secrets". Powiedziałem mu: ma pan piękne ręce, panie Peyrefitte. Niech je pan pokaże w
kamerze. Ucieszył się i to zrobił. Powiedziałem: i dlaczego takimi pięknymi dłońmi grzebie pan w gównie?
Na początku w ogóle nie sprawdzano oglądalności. Pod koniec już tak. Ale ja się tym właściwie nie interesowałem - bo po pierwsze i tak miałem dużą publiczność, a po drugie los programu
nie zależał od oglądalności. Dziesięć lat temu, w marcu 1999 r., zrobiłem na przykład rozmowę z Bronisławem Geremkiem. Rozmawialiśmy przez godzinę i piętnaście minut o jego książkach
poświęconych francuskiemu średniowieczu oraz o "Solidarności". Nie sądzę, żeby wiele osób to oglądało, Geremek nie był jednak aż tak znany we Francji. A jednak nikomu to
nie przeszkadzało. Zapytałem go wtedy, co napisze, kiedy przestanie być politykiem. Powiedział: ostatnią książkę o średniowieczu francuskim - o trędowatych - i autobiografię. Zginął,
zanim zdążył zrealizować którykolwiek z tych projektów. Z Polaków rozmawiałem też z Czesławem Miłoszem o jego książce "Widzenia nad Zatoką San Francisco". Z Gustawem
Herlingiem-Grudzińskim o "Innym świecie". Z Andrzejem Sewerynem.
Pisarzy amerykańskich, np. Williama Styrona czy Arthura Millera, zawsze dziwiły trzy rzeczy. Po pierwsze to, że uczestniczą w programie literackim, w którym są sami pisarze, bez ani jednej
striptizerki, działacza związków zawodowych czy piosenkarza. Po drugie, że prowadzący czytał ich książkę, co w USA się podobno nie zdarza. A po trzecie, że program nie jest przerywany
reklamami. A w dodatku potem szli na Saint-Germain-des-Pres, do Lippa czy innej kawiarni, i tam ludzi zaczepiali ich słowami: właśnie widzieliśmy pana w telewizji, i podsuwali książki do
podpisu. Przychodzili do mnie wszyscy pisarze amerykańscy, których zapraszałem, bo mój program był emitowany w nowojorskiej telewizji uniwersyteckiej i intelektualiści amerykańscy go znali.
Kiedy w "Bouillon de culture" rozmawiałem z Woodym Allenem, oznajmił: znam pana. Powiedziałem: niemożliwe, nigdy się nie spotkaliśmy. Ale okazało się, że oglądał mój
program w Nowym Jorku.
Nawet o Le Clezio?
Mnie Nobel dla Le Clezio nie zdziwił. Wiedziałem, że z pisarzy francuskich może go dostać albo Le Clezio, albo Michel Tournier. Le Clezio to pisarz, który dotyka prawdziwych problemów
współczesności. Pisze o nieludzkim świecie ludzi wykorzystywanych, o tym, że cywilizacja jest w niebezpieczeństwie. Ostatnio, kiedy się z nim spotkałem, by pogratulować mu Nobla,
powiedział, że najlepiej wspomina tę rozmowę w moim programie, do której zaprosiłem go razem z Levi-Straussem. Le Clezio napisał wtedy książkę "Le reve mexicain" o końcu
cywilizacji Azteków. I Levi-Strauss był pod jej wielkim wrażeniem - a nie był to człowiek, który łatwo rozdawał komplementy. Piękne jest u Le Clezia to, że nie ma on ani odrobiny pogardy
dla innych kultur.
Przyznaję, że literatura francuska nie jest w epoce swojego rozkwitu.
Tak, ale proszę nie porównywać imperium brytyjskiego z Francją. Oni mają Pakistan, Indie, Australię, Kanadę. My co? Kawałek Afryki, kawałek Kanady, Antyle. W porównaniu z imperium Jej
Królewskiej Mości Królowej Elżbiety II jesteśmy niczym. Ale coraz bardziej się otwieramy. W 2006 r. nagrodę Goncourtów dostał Jonathan Littell, Amerykanin. W zeszłym roku Afgańczyk.
Nagrodę Renaudot dostał Gwinejczyk. W 2006 r. - pisarz z Kongo. Nagrodę Akademii Francuskiej w 2007 r. - Grek. Przekonuje to panią?
Nie, to się dawno skończyło. I trochę nawet żal. W XIX w. pisarze razem jadali, kradli sobie kobiety, nienawidzili się, pisali o sobie nawzajem straszne rzeczy, konkurowali, kto dostanie się
do Akademii Francuskiej. Teraz tego nie ma! Gdzie jest teraz życie literackie? Pisarze się nie widują, nie ma obiadów ani kolacji literackich. Kiedyś pisma literackie były ośrodkami życia
literackiego. Teraz nie został po tym nawet ślad. Nie wiem, jakim cudem dzisiejszy Sainte-Beuve mógłby odebrać żonę Wiktorowi Hugo, tak jak to się stało w XIX w. Niestety!
*Bernard Pivot, dziennikarz, krytyk literacki, przez kilkadziesiąt lat prowadził we francuskiej telewizji słynne programy literackie. W ostatnim tygodniu odwiedził Warszawę
Zobacz publikacje Vladimira Nabokova dostępne w sklepie LITERIA.pl >