Dziennik Gazeta Prawana logo

Sipowicz: "Hair" to ważny dokument hipisów

6 czerwca 2009, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Sipowicz: "Hair" to ważny dokument hipisów
Inne
12 czerwca znowu do kin wchodzi adaptacja musicalu "Hair" Milosza Formana. Film ma już 30 lat, ale nie zestarzał się ani trochę. Co jednak z ideałami epoki dzieci kwiatów, które dokumentuje? O percepcji "Hair" i o tym, co dzisiaj może oznaczać kontestacja, opowiada Kamil Sipowicz, autor książki "Hipisi w PRL-u".


Świetny, dlaczego nie? To w końcu jeden z niewielu tak pozytywnych obrazów ruchu hipisowskiego. Nawet teraz może mieć wpływ na postrzeganie tego, co robiliśmy w młodości. W końcu szczególnie w Polsce mieliśmy wyjątkowo zszarganą opinię.


Polscy hipisi jeździli na seanse na Węgry. Organizowały się całe pielgrzymki do Budapesztu.


Dzisiaj to może dziwne, ale informacje w dawnym bloku wschodnim rozchodziły się szybko. Szczególnie wśród hipisów. Wiedzieliśmy, że Węgry stały się oazą wolności. W sklepach – zachodnie płyty i gitary, w kinach - fajne filmy. "Easy Rider" czy właśnie "Hair" tam miały oficjalną dystrybucję. Więc we trzech czy czterech wsiadaliśmy w pociąg i jechaliśmy do Budapesztu. Potem można było jechać dalej autostopem. Niestety, musieliśmy jeździć pociągiem przez Czechy, bo tam dla odmiany reżim przycisnął. W Budapeszcie spaliśmy na polu namiotowym, nieopodal odbywały się koncerty - grały Lokomotiv GT i Flamingo. "Hair" znaleźliśmy w małym osiedlowym kinie. Węgierskich napisów nie rozumieliśmy, a nasz angielski też był dość umowny. Więc dialogi pozostawały dla nas tajemnicą, ale to, co widzieliśmy na ekranie, i muzyka wystarczyły. No i na polu namiotowym było świetnie. Mnóstwo hipisów z NRD, ładne Węgierki, dobre wino i świetne jedzenie...


Niestety zawód. To był hollywoodzki popularny film, który pokazywał nasz ruch w fajnym świetle. Wszyscy oglądaliśmy go z wypiekami na twarzy, ale mieliśmy poczucie, że powstał za późno. Do tego w Polsce pokazano go jeszcze później, kiedy ruch był już w fazie schyłkowej. Oczywiście pozostał ważny jako dokument tamtych czasów.


W większości krajów ludzie dojrzewający w tamtej epoce są dziś przy władzy. W Stanach z tamtego pokolenia był Bill Clinton. Obama jest nieco młodszy, ale odwołuje się do tamtych ideałów, w końcu jego rodzice byli zwiazani z tym ruchem. Nawet w Rosji - przecież Putin był pułkownikiem KGB, który szczególnie intensywnie zwalczał hipisów w Leningradzie.


Ostatnio rozmawiałem z moim przyjacielem Piotrem Rypsonem, który stwierdził, że hipisi w mojej książce są tacy katoliccy i patriarchalni. Paradoksalne, ale to prawdziwy obraz. To, że na ruch hipisowski w Polsce nałożył się ten właściwy nam konserwatywno-patriarchalno-katolicki paradygmat, było do przewidzenia. Nie mieliśmy orgii seksualnych, no, może jakieś były, ale raczej na marginesie. Mężczyźni sprawowali władzę, rola kobiet była dużo mniej istotna.


To mi słusznie zarzucano. Ale muszę na swoje usprawiedliwienie powiedzieć, że dotarłem do ważnych kobiecych postaci ruchu hipisowskiego w Polsce i one mi odmówiły. Jedna z nich, artystka mieszkająca dzisiaj w Holandii, stwierdziła, że to był błąd młodości i wydawało się, że traktuje swoją przeszłość, jakby była w jakiejś grupie przestępczej. Byłem w szoku. Inna, która pracuje dzisiaj w Polskim Radiu, odmówiła. Trzecia - Dolores, która mieszka dzisiaj w Londynie, zmieniła imię i jest w jakiejś grupie hinduistyczno-religijnej. Zadeklarowała, że bardzo chętnie ze mną porozmawia, po czym nie oddzwoniła. Krzysztof Masłoń napisał w "Rzeczpospolitej", że polskie hipiski były materacami. To nie jest prawda. Ale takim stosunkiem do udokumentowania ich roli nie dały szansy na zmianę tej opinii. Nawet Kora niechętnie mówiła o swoich doświadczeniach, twierdząc, że dla niej to był epizod i trafiła do ruchu tylko dlatego, że jej chłopak, Pies, był hipisem.


Ruch hipisów miał być z założenia ruchem bez liderów. Ale nie oszukujmy się, każda grupa społeczna ma swoją strukturę. Zawsze powstaje hierarchia i nawet jeśli nie chcemy, naturalnie wyłaniają się liderzy. Wśród polskich hipisów też tacy byli: Prorok, Pies, Dziki czy Zappa. Jak chcesz zniszczyć ruch, musisz uderzyć w przywódców i dlatego to właśnie nimi zajęła się esbecja.


Drugim stały się narkotyki, a właściwie polska heroina, czyli kompot. Wszystko zaczęło się pięknie - miękkie narkotyki miały zmieniać świadomość. I niektórym zmieniły. Ale też wielu zaczęło brać te ciężkie, uzależniać się i to przyczyniło się do szybkiego upadku. W pewnym momencie okazało się, że nasz ruch składał się z degeneratów wstrzykujących sobie kompot na polu makowym. Ci, którzy tworzyli go w pierwszym, heroicznym okresie, rezygnowali. Większość z nas zaczęła działać na innych polach, w bardziej konstruktywny sposób.


Byliśmy otwarci na wszystkich. W końcu nie byliśmy ZMS-em i nie sprawdzaliśmy, kim są ci, którzy chcą się do nas przyłączyć. A często byli to ludzie niezrównoważeni psychicznie, nie mający kontaktu ze sobą, ze społeczeństwem, schizofrenicy, psychopaci... W końcu wśród hipisów był kult haju. To, co jest "high", było lepsze. Kto był "high", miał wgląd. Były hajowe książki, filmy i ludzie. Tacy, którzy są na haju bez narkotyków, i ci, którzy biorą narkotyki i są na haju, wreszcie ci, którzy je biorą, ale nie są. Schizofrenicy byli dla nas "high" - oni mieli pewien wgląd od razu.


W czasach wojny w Wietnamie, o których opowiada "Hair", w Polsce dochodziło do absurdalnych sytuacji. W fabrykach zarządzano odgórnie organizację manifestacji przeciwko amerykańskiej wojnie z wietnamskimi komunistami. A kiedy do Polski przyjechał Nixon, milicja przeprowadziła w większych miastach akcję "Porządek" - zamknięto w wszystkich hipisów, żeby udaremnić ewentualne manifestacje przeciwko tej samej wojnie. Jako hipis jestem przeciwko konfliktom zbrojnym. Na szczęście nie biorą już nikogo do wojska wbrew jego woli. Gdyby było inaczej, zrobiłbym wszystko, żeby mój syn nie musiał iść do armii. Sam już w szkole średniej zacząłem chodzić do psychiatry i przedstawiać mu wyolbrzymione przeżycia, na wypadek gdybym nie dostał się na studia. Wielu z nas tak robiło. W przypadku konfliktów w Afganistanie czy Iraku zawiesiłbym jednak swoją pacyfistyczną pryncypialność. Wyszliśmy z tego straszliwego systemu także dzięki wsparciu Amerykanów i teraz czujemy się zobowiązani do spłaty tego długu, nawet w niesprawiedliwych wojnach.


Sam jestem ciekawy. To będzie taki papierek lakmusowy. Moja książka sprzedała się w 4 tys. egzemplarzy i to podobno jest sukces. Ale kino jest bardziej masową sztuką, a to jest bardzo dobry film, znany reżyser i świetna muzyka. Więc mam nadzieję, że pojdą go zobaczyć młodzi. Choćby ci, którzy współpracują z Jurkiem Owsiakiem. Bo przecież oni na Przystanku Woodstock obcują właśnie z hipisowską energią, nawet jeśli robią to nieświadomie. No i mam nadzieję, że poczują to samo co my ponad 30 lat temu. Że świat można zmieniać.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj