Artysta, który z pomocą nauki i technologii wykroił dla siebie kawałek boskich kompetencji, wprawiając w ruch siły natury i skłaniając światło, wodę, wiatr, zimno, a nawet horyzont, do odgrywania spektakli inscenizowanych dla naszej przyjemności.

Reklama

Eliasson należy do nowego plemienia superartystów gwiazdorów, za których nazwiskami kryją się artystyczne machiny, wprawiane w ruch przez dziesiątki współpracowników. I nie ma to wiele wspólnego z klimatem Fabryki Andy’ego Warhola, która była wytwórnią sztuki, ale jeszcze bardziej ekstrawaganckim salonem towarzyskim. Współczesne "fabryki" nastawione są na wydajność i kompetencję, bez których niemożliwe byłoby powstawanie imponujących kreacji Matthew Barneya, Takashi Murakamiego czy Damiena Hirsta. Studio tego ostatniego zatrudnia blisko 200 osób. Eliasson jest na tym tle skromny, zespół pracujący w jego berlińskim atelier liczy "zaledwie" około 30 współpracowników, wliczając w to dwóch etatowych kucharzy. Hirst musi jednak dbać o dostarczanie na rynek ogromnej ilości dzieł, tymczasem sztuka Eliassona jest generalnie niematerialna. Jego prace to zjawiska i przestrzenie, strumienie wody i światła, optyczne iluzje ujęte w formę dzieła. Zespół Skandynawa to międzynarodowa drużyna specjalistów: meteorologów, optyków, inżynierów, architektów, fizyków. Całe to naukowe zaplecze odpowiada na poetyckie i metaforyczne pytania lidera, np. jak urządzić w sali wystawowej niekończący się zachód słońca?

W gruncie rzeczy zamknięcie słońca w budynku nie okazało się takie trudne. Eliasson wciąż przypomina, że rzeczywistość obiektywnie nie istnieje, jest konstruktem, który wciąż od nowa buduje się w naszych głowach. Tu artysta staje blisko magików i iluzjonistów: jego sztuka nie opowiada o tym, co jest, lecz o tym, co widzimy, a zwłaszcza o tym, co zdaje nam się, że widzimy. W 2003 roku w Hali Turbin londyńskiego Tate Modern wykorzystał gigantyczne, umieszczone na suficie lustro, kilkaset lamp emitujących żółte światło o precyzyjnie dobranej długości fali oraz sztuczną mgłę. To wystarczyło, aby ludzie zobaczyli słońce i to w najpiękniejszym momencie zachodu, który w instalacji Skandynawa nigdy się nie kończył. Tych ludzi było ponad dwa miliony. Sztuczne słońce stało się jednym z największych sukcesów wystawowych XXI wieku.

Eliasson lubi przyciągać tłumy. W zeszłym roku zbudował w nowojorskim porcie 4 sztuczne wodospady o wysokości blisko 40 metrów. Jeden z nich spadał z przęseł mostu Brooklyńskiego. Kaskada, ogłuszający huk, chmura wodnego pyłu, potęga żywiołu - w istocie, Eliasson nie boi się robić rzeczy bardzo pięknych i zgodzi się z tym każdy, kto kontemplował kiedykolwiek wielki naturalny wodospad. Haczyk polega jednak na tym, że jego wodospady nie są naturalne - i właśnie dlatego wydają się jeszcze ciekawsze od prawdziwych. Kaskady stały się atrakcją turystyczną, zgodnie z oczekiwaniami władz Nowego Jorku oraz sponsorów, którzy dołożyli się do wynoszącego 15 milionów dolarów budżetu przedsięwzięcia. Wpływy z turystyki szacowano później na ponad 50 milionów, a Eliasson znów liczył swoją publiczność w setkach tysięcy. To czyni go już nie tyle artystą popularnym, ile masowym. Eliassonowi to pasuje. Deklaruje głęboką niechęć do elitarystycznej i ekskluzywnej natury świata sztuki.

Twórca pochodzi z Islandii. Wychowywał się w Danii, gdzie mieszka do dziś, choć pracuje w Berlinie. Nie chce jednak przeprowadzić się do Niemiec. Wraz z żoną adoptował dwoje dzieci z Etiopii i twierdzi, że w Berlinie jest za dużo rasizmu, woli więc, aby jego rodzina żyła w bardziej tolerancyjnej Kopenhadze. Nie przeczy też, jeżeli ktoś twierdzi, że jako artysta tak bardzo zajęty naturą i jej fenomenami jest typowym Skandynawem. "Rzeczywiście, w ludziach Północy tkwi głębokie przekonanie, że przyroda jest wszystkim i człowiek mało wobec niej znaczy" - mówi. "Ale też jestem dzieckiem pseudoprotestanckiego wychowania, ideologii klasy średniej i państwa opiekuńczego. To konstelacja, w którą wpisana jest silna wiara w egalitaryzm, państwo, społeczeństwo, wspólnotę".

W samej rzeczy jego sztuka to przykład egalitaryzmu, do jej tworzenia potrzebna jest rozległa multidyscyplinarna wiedza, ale odbierać może ją każdy wyposażony w pięć zmysłów - tu nie chodzi o to, aby coś zrozumieć, lecz by poczuć i doświadczyć. Na weneckiej wyspie San Lazaro Eliasson zrobił świetlisty horyzont w specjalnie do tego zbudowanej, wyciemnionej przestrzeni. W 1998 roku, na długo przed wielkim nowojorskim projektem, skonstruował wodospad, w którym woda zamiast spadać, pięła się do góry. Skandynaw lubi urzeczywistniać rzeczy nieprawdopodobne, jak ślizgawka w upalnej Brazylii, która zrobiła furorę na Biennale w Sao Paolo w 1999 roku. Ślizganie się na lodzie w tropikach jest tak niezwykłe i przyjemne, że trudno się zastanawiać, gdzie przebiega granica między sztuką a rozrywką rodem z zaawansowanego technicznie lunaparku i po której stronie tej granicy znajduje się Olafur Eliasson.

Nieostra jest także granica między poetyckim i komercyjnym wymiarem jego prac, które przyciągają tłumy i uwagę sponsorów. Skandynaw ma za sobą dwie poważne przygody z zaangażowaniem w marketing wielkich korporacji. W 2006 r. zrealizował instalację przeznaczoną do umieszczenia w witrynach ponad 300 sklepów globalnej sieci Louisa Vuittona - emitujący światło obiekt, zbudowany na wzór tęczówki ludzkiego oka, zatytułowany grą słów: "Eye see you". Krytykowany za sprzedanie się, zapytywał retorycznie: co jest bardziej demokratyczne - pokazanie pracy w witrynach drogich butików, które obecne są na całym świecie, czy urządzenie w Nowym Jorku wystawy w prestiżowej galerii, do której przychodzi garstka znawców i kolekcjonerów? Na marginesie artysta dodawał, że wszystkie zyski ze współpracy z Vuittonem trafiły na konto fundacji, którą wraz żoną założył w celu niesienia pomocy dzieciom w Etiopii. Zgodnie z tą logiką w rok później przyjął zaproszenie od BMW. Od lat 70. firma z Monachium oddaje słynnym artystom swoje samochody, aby przerobili je na dzieła sztuki. W projekcie w przeszłości brały udział wielkości tej skali, co: Calder, Andy Warhol, Roy Lichtenstein czy Robert Rauschenberg. Eliasson wziął na warsztat wyścigowy, napędzany wodorem model H2R, rozmontował samochód prawie zupełnie i stworzył dla niego nową skórę, zbudowaną z podświetlanego lodu. Praca mogła być oglądana wyłącznie w specjalnym pomieszczeniu - chłodziarce, w której panowała stała temperatura minus 10 stopni.

Eliasson, ze swoim naukowym sztabem rozgryzającym mechanikę cudów natury, jawi się jako spadkobierca Leonarda i innych renesansowych uczonych artystów. Ze swoim upodobaniem do iluzji zbliża się postawą do figury magika, mamiącego zmysły i wyczarowującego z kapelusza coraz to wspanialsze króliki. Widowiskowość jego sztuki dobrze wpisuje się w reguły złaknionego wrażeń "społeczeństwa spektaklu". Prawdziwą materią jego twórczości pozostaje przeżycie i zachwyt, to prace, które żyją, dopiero kiedy są oglądane. Sztuka Eliassona oparta jest na wiedzy, ale nie służy jej poszerzaniu - nauka nie pomaga tu zrozumieć świata, ma dostarczać przyjemności związanej z pięknem. Dawniej artyści chcieli za pomocą sztuki przekroczyć naturę, skandynawski artysta stara się ją dogonić. W tym sensie pozornie beztreściowa sztuka Eliassona mówi jednak coś ważnego o kondycji współczesnego człowieka, który ma coraz większe problemy z doświadczeniem rzeczywistości: zwraca uwagę na tęczę dopiero wtedy, kiedy jest wystawiona w galerii, i potrafi przeżyć zachód słońca, dopiero gdy fenomen ten jest spektaklem, zainscenizowanym przez słynnego artystę jako piękne złudzenie.