Rzeczywiście, od 2007 roku, kiedy wyszła moja pierwsza książka „Magdalena, córka Kossaka” nastąpił renesans twórczości Samozwaniec. W przeciągu
dwóch lat ukazało się wiele wznowień i szykują się kolejne, a Polacy znów coraz chętniej ją czytają. Cieszę się z tego, bo ludzie potrzebują uśmiechu, a książki Samozwaniec, która
słusznie przez krytyków była nazywana pierwszą damą polskiej satyry, to zapewniają. Coraz więcej młodych czytelników zaczyna interesować się pisarką i to nie tylko za względu na Marię
Pawlikowską-Jasnorzewską czy Wojciecha Kossaka. Przez jej książki odkrywają, że to fajna, równa babka.
Przeglądając materiały po Magdalenie zdeponowane w rodzinnych archiwach, zupełnie przypadkiem trafiłem na pożółkły maszynopis. Gdy zacząłem go czytać, uświadomiłem sobie, że nigdy nie
widziałem tego w formie książki. Z dopisków na marginesach wywnioskowałem, że prawdopodobnie miały to być gawędy radiowe. Parę wspomnień w książce się powtarza, są odwołania też do
„Marii i Magdaleny” czy „Zalotnicy niebieskiej”, ale wiele rzeczy jest zupełnie nowych. Fragmenty typowo powojenne: o kobietach, o relacjach damsko-męskich
czy gawęda o filmie przedwojennym to istne perełki. Pomyślałem: czemu tego nie wydać, skoro takie ciekawe?
Samozwaniec potrafiła umiejętnie filtrować rzeczy stare i łączyć je z nowymi. Mnie najbardziej urzekły rady, co powinna zrobić kobieta, żeby utrzymać męża i w drugą stronę –
co powinien zrobić mężczyzna, żeby nie stracić żony. To wszystko okazuje się dziś bardzo aktualne!
Mówiła, że kobiety kocha miłością wielką, bo najpiękniejszy okaz tego gatunku widzi codziennie rano w lustrze. Poświęciła kobietom trzy książki i nieźle, także pod względem finansowym, na tym wyszła. Czasem musiała się miarkować w swoich opiniach, by nie narazić się wiernym czytelniczkom. Z drugiej jednak strony to właśnie za tę ciętość i bezkompromisowość w poglądach kobiety ją kochały.
Na pewno nie lubili jej arystokraci. Wręcz jej nie cierpieli po „Błękitnej krwi”, w której obnażyła całą hipokryzję ponującą wśród wyższych sfer. Kraków też ją
tępił i – co ciekawe – do tej pory o Samozwaniec w niektórych krakowskich kręgach nie wypada mówić! Choć blisko 40 lat po jej śmierci może się to wydawać dziwne.
Może nie obraziła, a wyeksponowała w krzywym zwierciadle jej szczególne cechy. Wojciech Kossak uczył swoje córki, że powinny mówić głośno to, co myślą, a nie to, co wypada powiedzieć.
Madzia wcielała w życie tę zasadę nagminnie. Zanim pomyślała, już zdążyła powiedzieć. Tak było na przykład z Niną Andrycz. Premierowa na jakimś bankiecie bardzo żałowała, że nie
żyje już Wojciech Kossak, bo miałaby – na pewno – w sypialni piękny portret z konikiem w tle. Na co Magdalena zripostowała, że portret konika byłby na pewno, ale czy obok
znalazłaby się postać Andrycz, to już nie byłaby taka pewna, gdyż Tatko malował TYLKO ładne kobiety... Powiedzieć coś takiego żonie premiera, było oczywiście wielkim skandalem, ale
Samozwaniec nie miała z tym problemu. Jak podejrzewam, wiedziała, że może sobie na wiele pozwolić.
Władze komunistyczne trochę się bały ją atakować. Po pierwsze miała wielu wysoko postawionych przyjaciół, a po drugie, była ostatnim chodzącym reliktem okresu przedwojennego. Jawny atak na
Magdalenę Samozwaniec, córkę Kossaka, mógłby zostać przez ówczesne społeczeństwo odebrany jako atak na tamten ład i porządek. Oczywiście władze robiły jej inne problemy –
blokowały wydanie paszportu albo ograniczały nakłady książek.
Zawsze były we dwie. Wychowywane razem, wszędzie jeździły razem, razem płakały przez swoich mężów i razem z nich się naśmiewały. Kiedy Lilka zmarła na obczyźnie, Magdalena zaczęła ją
trochę gloryfikować. Poświęciła jej dwie książki „Marię i Magdalenę”, a potem „Zalotnicę niebieską”, którą pisała, będąc już ciężko
chorą.
Wyłącznie ona! Po wojnie, w Polsce Ludowej, Lilka była personą non grata. Powód: wyemigrowała do Londynu, zamiast zostać w kraju. A w nowej Polsce nie było miejsca dla takich poetek.
Zapomniano, że Jasnorzewska musiała uciekać z kraju, bo za swoje antyhitlerowskie teksty zostałaby rozstrzelana! Magdalena wiedziała, że poezja jej siostry jest niemile widziana w nowym
ustroju, uruchamiała więc literackie znajomości: Broniewskiego, Przybosia, Tuwima, a przez Iwaszkiewicza uderzała do Putramenta, który był wówczas decydentem w kwestiach wydawniczych.
Naciskała, żeby pozwolił wydać tomik wierszy Pawlikowskiej. Dopięła swego. Z drugiej strony Magdalena Samozwaniec po wojnie miała wyłączność na Pawlikowską. Stąd tak mało dzisiaj wiemy
o poetce, bo ci, którzy znali ją dobrze, woleli nic o niej nie pisać, by nie narazić się na ataki ze strony jej siostry. Przez to w naszej świadomości pozostał przesłodzony obraz
Pawlikowskiej, jaki Magdalena nakreśliła w swoich książkach. Pisarka bowiem skutecznie zatykała usta wszystkim, którzy mogliby powiedzieć coś krytycznego o Lilce.
To ironia losu. Ale mam wrażanie, że dzięki mojej pierwszej książce w końcu zaczynają iść ramię w ramię.