Historia literatury pisanej, jak głoszą ostatnie odkrycia archeologiczne, narodziła się w epoce kamienia. Historia komentarzy i przypisów zaczęła się zapewne kilka dni później. Zdarzało się, że dopiski albo artykuły krytyczne zdobywały większy rozgłos od oryginałów. By daleko nie szukać, wspomnę o „Książkach najgorszych” Stanisława Barańczaka, dzięki którym do uniwersyteckich skryptów trafili wyszydzani przez znakomitego eseistę, poetę i tłumacza twórcy PRL-owskiej powieści milicyjnej.

Reklama

Autorowi „Chirurgicznej precyzji” włos z głowy za to nie spadł, ale w tym samym czasie w ZSRR za nieprawomyślną refleksję nad tekstem można było trafić do łagru. Pod groźbą takich wyroków w epoce chruszczowowskiej małej stabilizacji w Kijowie zawiązuje nieformalna grupa wolnomyślicieli reinterpretujących wielkich klasyków. Swoje refleksje i uwagi spisują na marginesach książek, które ukrywają w skrytkach zrobionych z wydań innych tytułów.

Blisko cztery dekady później na trop kolektywu niezależnych intelektualistów wpada młody kijowianin, absolwent historii, ochroniarz w siedzibie szemranej organizacji charytatywnej kolportującej przeterminowane odżywki dla dzieci. Kola Sotnikow kupuje mieszkanie od staruszków emigrujących do Izraela i w nowym lokum znajduje tomik wierszy „Kobzarz” Tarasa Szewczenki ukryty w tomie „Wojny i pokoju” Tołstoja.

Intrygujące historiozoficzne notatki na marginesach zbiorku ukraińskiego wieszcza popychają historyka do śledztwa mającego rozwikłać zagadkę ich autorstwa, co generuje kolejne niewiadome. Sotnikow odkrywa, że autor komentarzy został bestialsko zamordowany przez nieznanych sprawców, prawdopodobnie dlatego że wpadł na ślad tajemniczego skarbu, zakopanego przez Szewczenkę na półwyspie Mangyszłak nad Morzem Kaspijskim, w czasie kiedy poeta służył w carskiej armii.

Kola rychło wyrusza do Kazachstanu. Wycieczka obfituje w dramatyczne wydarzenia, ale sensacyjna fabuła jest tu efektownym pretekstem do opowieści o meandrach tożsamości narodowej społeczeństw w byłych republikach postsowieckich oraz roli literatury i języka w ich tworzeniu lub osłabianiu. Intryga, w której mamy przemyt broni i narkotyków, zatargi ze specsłużbami i nacjonalistycznymi bojówkarzami, stanowi tło dla problemu, rozważanego przez Kurkowa ustami jego bohaterów Kurkow w sposób – delikatnie mówiąc – daleki od przyjętych w naszej części Europy standardów. Żeby nie zdradzić za dużo, ujmę to tak: przywykliśmy widzieć w naszych wieszczach depozytariuszy języka polskiego w jego najczystszej formie. „Pan Tadeusz”, „Kordian” czy „Nie-boska komedia” to diamenty polszczyzny.

Reklama

A co by było, gdyby Mickiewicz pisał poematy po litewsku lub białorusku, Słowacki po ukraińsku, a Krasiński po rosyjsku? Nadal byliby wieszczami, a ich sztandarowe utwory arcydziełami z narodowego kanonu? Bohaterowie powieści odkrywają obrazoburczą tajemnicę podobnego kalibru. Andriej Kurkow kontestuje tak pojmowany patriotyzm i narodowość, w czym dopatrzeć się można jego twórczego manifestu – sam jest bowiem ukraińskim pisarzem rosyjskojęzycznym.

Ta wielowarstwowa książka to także solidnie skrojona powieść drogi: w sensie fizycznym (na kazachskie stepy, postsowiecką Ultima Thule), duchowym (świat mitów ludów pogranicza Euroazji) i emocjonalnym (Kola poznaje podczas wyprawy kobietę życia). Kurkow opowiada z epickim rozmachem, kapitalnie żongluje rekwizytami postsowieckiej rzeczywistości (równie błyskotliwie jak Jurij Andruchowycz czy Wiktor Jerofiejew), w które wplata wątki zgoła fantastyczne (kluczową role odegra tu piasek nasączony narodowym duchem ukraińskości, o zapachu cynamonu) i cudowny czarny humor, choć po prawdzie akurat w „Dobrym aniele śmierci” jest go trochę mniej niż w innych książkach 59-letniego autora. Przetłumaczono go już na 31 języków, doceniono na Wschodzie i Zachodzie. Jak najbardziej słusznie.