Dziennik Gazeta Prawana logo

Czy prawdziwa kultura musi być tragiczna?

25 maja 2010, 14:18
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Dziś człowiek kulturalny powinien się trzymać z dala od kultury. A kto kulturę pragnie na przekór czasom traktować serio, powinien koniecznie sięgnąć po „Tragiczne dzieje literatury” Waltera Muschga.

Oczywiście porównywanie kultury dzisiejszej z dawną jest zawsze trochę niesprawiedliwe. Kultura współczesna to ziarna wraz z plewami. Kultura miniona to kanon. O dawnych plewach nikt już nie pamięta. Nie całkiem o to jednak chodzi. Śledząc dzisiejszą kulturę, która niepostrzeżenie stała się coolturą, zapomnieliśmy, czym jest prawdziwa twórczość i kim w gruncie rzeczy jest sam twórca. Zagubieni pomiędzy infantylizmem komiksów a blagą kolejnych awangardowych działań artystycznych oraz towarzyszących im bełkotliwych manifestów, nagradzanych pospiesznie rozmaitymi stypendiami, nie zastanawiamy się już, po co nam to wszystko.

Tymczasem książka bazylejskiego profesora sama należąca do kanonu europejskiej humanistyki pozwala sprawy te przemyśleć na nowo. Popłynąć pod prąd ku źródłom. Tragiczne dzieje literatury nie są konwencjonalnym podręcznikiem. Nauka zaś, jaką ewentualnie można wynieść z ich lektury, nie sprowadza się do prostego wezwania, by wrócić do dzieł sprawdzonych i dekadencko zasklepić się w kontemplowaniu ich zewnętrznej doskonałości.

Książka Waltera Muschga napisana przed ponad półwieczem sama wyrasta co prawda z lęku przed nihilizmem tamtej epoki, o czym autor otwarcie pisze już na wstępie, jednak nie zawiera prostych narzekań na kryzys kultury. Nie zwiastuje końca europejskiej cywilizacji, który ma nastąpić po wiekach rozkwitu, co wówczas było tematem równie modnym, jak modnym jest dziś mówienie, że nasza kultura świetnie się rozwija, tylko rządowych dotacji ciągle jest zbyt mało.

Wręcz przeciwnie. Autor z pełną premedytacją snuje na blisko 800 gęsto zadrukowanych stronach fascynującą opowieść o nieszczęściu, jakim zawsze jest tworzenie, i o straceńcach, którzy są twórcami. Ową tragiczność wpisaną wedle Muschga w dzieje literatury najlepiej pozwala zrozumieć pojęcie schizofrenii bezobjawowej. Stworzone w sowieckiej Rosji jako knut na dysydentów było ono i jest przedmiotem drwin, uchodząc za jeden z największych absurdów tamtego systemu. Tymczasem pojęcie owo skrywa uniwersalną, choć gorzką prawdę, która jest aktualna w każdym miejscu i w każdej epoce.

Normalny człowiek należy przecież do większej całości. Jest zatem naturalne, że wyznaje poglądy, które aktualnie się wyznaje, czyta książki, które się czyta, podziwia tych, których się podziwia, a gani tych, których się gani. Nie ma tu znaczenia, jakich wartości dotyczy owo się. Takie określone wartości i gusta obowiązywały w komunistycznej Rosji; takie, choć zupełnie inne wartości oraz gusta istnieją w dzisiejszej Europie.

Co się jednak dzieje, gdy człowiek na pozór normalny odstaje od swojego najszerzej rozumianego środowiska? Gdy myśli i czuje po swojemu, inaczej niż jego środowisko, jakiekolwiek by ono nie było? Prostoduszni w swojej brutalności rosyjscy komuniści uważali, zgodnie zresztą z tradycją ustanowioną jeszcze przez cara Mikołaja I, że ktoś taki mimo braku klinicznych objawów szaleństwa jest jednak chory na umyśle, bo, wypadłszy z własnej wspólnoty, żyje w tragicznym rozdwojeniu. To faktycznie schizofrenik, a po naszemu jakże często oszołom.

Walter Muschg nie potrzebuje odwoływać się do tych pojęć, będąc bowiem czytelnikiem niemieckiego filozofa, Friedricha Nietzschego, zna pojęcie niewczesności. Tragiczność literatury sprowadza się w dużej mierze właśnie do jej niewczesności. Tę niewczesność Muschg stara się opisać możliwie najwszechstronniej i dodajmy na swój, zupełnie oryginalny sposób. Nie poprzestaje na stwierdzeniu, że twórca jest outsiderem i odmieńcem, ale tworzy kilka typów tego outsiderstwa. Mamy więc maga, jasnowidzącego, pieśniarza, kuglarza, kapłana i poetę. Każdemu z tych typów, niczym w astrologii lub enneagramie, przypisane są określone cechy.

Każdy typ posiada swych reprezentantów. Magiem jest Goethe, Orfeusz, Szekspir czy Rimbaud. Jasnowidzem Mojżesz, Dante, Luter, tudzież Milton. Pieśniarzem co nie powinno zaskakiwać Homer, a kuglarzem Byron. Kapłani to św. Paweł i Tołstoj, wreszcie poetą jest Wergiliusz.

Rzecz jasna, można się spierać o naukową prawomocność tego rodzaju podziałów, tak samo jak można się zastanawiać nad merytoryczną wartością stwierdzeń wypowiadanych przez autora prawdziwie poetyckim stylem: Każda wielka epoka artystyczna wytyczała drogę od nabożnego milczenia do nowego języka tajemnicy życia, a potem do odświęcenia tego języka. Jednak o wiele więcej można zyskać, jeśli zamiast spierać się z Muschgiem, pozwolimy, by nas prowadził.

Mimo ogromnych rozmiarów książkę czyta się znakomicie, gdyż do jej największych zalet zaliczyć trzeba wizję i rozmach poparte wielką erudycją. Narracja jest pełna anegdot, niekiedy skandalizujących. Nie ma natomiast drobiazgowych polemik i całej naukowej kuchni, towarzyszącej zazwyczaj pracom historyczno-literackim. Autor nie poprzestaje też na wyznaczeniu owych typów, co samo w sobie byłoby zamiarem dość jałowym, lecz przedstawiwszy je, otwiera przed nami kolejne poziomy egzystencji twórców. Poznajemy więc ich ubóstwo i cierpienie. Patrzymy na ich wyrzeczenie. Zgłębiamy winę i fantazję. Badamy, czym było dla nich słowo. Na koniec dotykamy problemu spełnienia oraz sławy, o której przecież marzą.

Wszystko to co wypada bardzo wyraźnie zaznaczyć nie składa się na jakąś socjologię literatury. Pozwala jednak całkiem dosłownie odczuć, czym naprawdę okazuje się tworzenie i czego wymaga od twórcy. Jest już chyba jasne, że książka Waltera Muschga o literaturze sama w gruncie rzeczy jest dziełem literackim. Tak też bywała oceniana. Ale jest ona czymś jeszcze. Mianowicie dziełem romantycznym w najszerszym tego słowa znaczeniu.

Z gruntu romantyczne jest nie tylko samo wyrażone w tytule przekonanie o tragiczności literatury. Nie tylko styl i metoda, którymi operuje autor, chętnie powołujący się tutaj na Goethego. Romantyczne jest nade wszystko wyobrażenie, jakie Muschg ma na temat twórcy i tworzenia. Pośród wszystkich wymienionych typów owych magów, kapłanów i kuglarzy nie znajdziemy bowiem jednego. Rzemieślnika. Tymczasem sztuka, nim nasze myślenie o niej przeorał romantyzm, była umiejętnością, kunsztem, sprawnością wykonania. Sztuką właśnie. Nie oryginalność, tak ważna dla romantyków, stanowiła miarę dla twórczości, lecz współzawodnictwo. Nie wymyślanie nowych tematów albo fabuł, ale coraz lepsze opowiadanie starych. Nie bebechy, lecz pomysłowość i techniczna biegłość. Właściwie dla nas nie brzmi to wcale aż tak obco, jak moglibyśmy odruchowo sądzić. Przecież tak działa obecnie Hollywood. Te wszystkie sequele, remaki, rebooty, na które wyrzeka się dzisiaj zwyczajowo, doskonale odpowiadają dawnym pojęciom wariacji tudzież emulacji. Bóstwa z antycznej mitologii, starotestamentowe sceny i chrześcijańskich świętych, którzy nieustannie przewijają się w europejskiej twórczości przedromantycznej, zastąpili Batman, Joker, James Bond albo Spock. To ich przygody przeżywamy w coraz to nowych wersjach i wariantach, podziwiając sprawność realizatorów.

Tak oto, niejako na naszych oczach, odradza się klasycyzm w wymiarze popkulturowym. Romantyzm zaś zdaje się dogorywać jako kultura rzekomo wysoka, ambitna i awangardowa, którą się podziwia raczej ze snobizmu niż z potrzeby serca, a tworzy już tylko jako imitację autentycznej twórczości zrodzonej z bólu oraz pasji. Tymczasem każda twórczość istotnie warta tego miana jest nade wszystko marnowaniem sobie życia, ale w prawdziwie wielkim, tragicznym stylu. O tym właśnie książka prawdziwego romantyka Waltera Muschga, nam dziś poniekąd przypomina.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj