Wstrząsający zbiór reportaży „Przyszło nam tu żyć” Jeleny Kostiuczenko, dziennikarki rosyjskiego dziennika „Nowaja Gazieta”, był jedną z najlepszych książek non-fiction 2020 r. Kostiuczenko potrafi pisać o Rosji z perspektywy zwykłego człowieka - i takiego, który został przez Rosję skrzywdzony, i takiego, który uważa, że potrafi w tym świecie przetrwać, decydując się na jakiś rodzaj emigracji wewnętrznej albo współpracy z systemem. A systemem tym rządzi prawo siły.
Reklama
DGP: Zaczęła pani pracować jako reporterka bardzo młodo. Czy było to spowodowane jakimś poczuciem misji?
Jelena Kostiuczenko: Nie, nie chodziło o żadną misję. Moja przygoda z dziennikarstwem rozpoczęła się, kiedy byłam w szkole średniej - stało się to właściwie przypadkiem. Pochodzę z ubogiej rodziny i w tamtym czasie zarobkowo myłam podłogi. W szkole mogliśmy skorzystać z rocznego kursu przygotowania zawodowego, a jedną z opcji było dziennikarstwo. Powiedziano nam, że za opublikowane teksty będziemy dostawać honoraria. Pomyślałam, że to może być lepsza propozycja niż mycie podłóg - i miałam rację. Regionalna gazeta, w której potem pracowałam w Jarosławiu, znajdowała się pod pełną kontrolą miejscowych władz. Nie widziałam w tym nic osobliwego, wydawało mi się, że tak właśnie powinno być. Któregoś razu - znów przez przypadek - kupiłam „Nowają Gazietę”, otworzyłam ją na artykule Anny Politkowskiej i doznałam wstrząsu: zrozumiałam, że to, czym się do tej pory zajmowałam, to nie było żadne dziennikarstwo. Uświadomiłam sobie również, że chcę pracować w „Nowej Gaziecie”. Problem w tym, że najbliższa redakcja mieściła się w Moskwie - nie było mnie stać, żeby tak zwyczajnie się tam przenieść. Dostałam się więc na Moskiewski Uniwersytet Państwowy, na studia dziennikarskie. A w 2005 r. zaczęłam pracę w „Nowej Gaziecie”, miałam wtedy 17 lat.
To były wczesne lata rządów Putina i jego ekipy. Czy społeczeństwo rosyjskie uwierzyło wówczas, że ten człowiek może być gwarancją sensownej przyszłości?
Nie chodziło o wiarę, raczej o ulgę, że skończyły się lata 90., które dla Rosjan były niezwykle ciężkie. Pamiętam, co ludzie mówili, kiedy Putin został wybrany: że przynajmniej młody i że nie pije... Dziennikarze „Nowej Gaziety” nie mieli jednak żadnych złudzeń.
Wspominam o tym, bo nazwisko Putina w pani zbiorze reportaży właściwie się nie pojawia.
Dla większości Rosjan Putin, Moskwa czy rząd są kompletną abstrakcją. To zjawiska istniejące wyłącznie w telewizji, niemające większego wpływu na to, jak wygląda codzienne życie.
Paradoks polega na tym, że wprawdzie Putin, Moskwa i rząd są daleko, ale już państwo wcale nie. Czy przeciętny, niewyróżniający się obywatel może się jakoś schować przed państwem rosyjskim?
Nie może. Ludzie mają złudzenia, że jeśli zamkną się w swoich lokalnych światach - wśród rodziny, w pracy, na daczy - to uda im się przeżyć życie, przemknąwszy niepostrzeżenie. To iluzja. Któregoś dnia, dajmy na to, twoje dziecko, wracając ze szkoły, wpada pod koła samochodu prowadzonego przez pijanego gliniarza i trafia do szpitala na reanimację. Nie ma żadnych szans, by sprawca poniósł odpowiedzialność za swój czyn. Spotkałam bardzo wielu ludzi, którzy wiedli przeciętne, zwyczajne życie i nagle stanęli bezradni w konfrontacji z państwowym systemem. Oni często sami się zgłaszają do naszej redakcji, poszukując jakiejś elementarnej sprawiedliwości. Jest taka rosyjska osobliwość: kiedy ktoś trafia u nas pod sąd w sprawie karnej, to tak jakby już został skazany - odwołania przynoszą skutek w promilu przypadków. To znaczy, że jeśli dany człowiek wpadnie w oko rozmaitym organom chroniącym porządek w państwie, można mieć praktycznie pewność, że wyląduje w więzieniu. To taka loteria, w której wszyscy bierzemy udział. W każdej chwili czyjeś życie może zostać zrujnowane.