Był ostatni weekend lata - zbliżała się konwencja Partii Demokratycznej, a późna fala upałów przegnała jesienne chłody - kiedy jechałem z Nowego Jorku do północno-zachodniego Connecticut na spotkanie z Philipem Rothem. Wygląda tutaj jak w Szwajcarii - krystaliczne strumienie, wymuskane posesje, śliczne łąki - a niezliczone amerykańskie flagi sygnalizują patriotyczne poczucie przynależności. Szary drewniany dom Rotha, pochodzący z czasów rewolucji amerykańskiej, stoi wysoko na wzgórzu przy wiejskiej drodze. Nietrudno go znaleźć, choć do najbliższej miejscowości jedzie się dobrych kilka mil.

Wysoka postać, która wychodzi na powitanie spośród jabłoni, ma na sobie szare spodnie od dresu i szarą bluzę, co kojarzy mi się ze strojem noszonym w jakimś więzieniu z postępową filozofią penitencjarną. Pierwsze wrażenie: Philip Roth przypomina trochę amerykańskiego orła, a trochę sędziego Sądu Najwyższego na urlopie. Idziemy do altany, w której Roth ustawił krzesła ogrodowe. Mam wrażenie, jakbym wstępował na teren objęty jurysdykcją umysłu wybitnego pisarza.

"Bierzmy się do roboty" - mówi Roth, wyciągając się na leżaku. To nieformalne zachowanie sugeruje, że pisarz nie przywiązuje wielkiej wagi do wywiadu, ale w rzeczywistości wszystkie rozmowy z autorem "Kompleksu Portnoya" są ściśle kontrolowane: pytania trzeba wcześniej przesłać, gotowy tekst jest nie tylko autoryzowany, ale również cenzurowany przez agentów pisarza. Mam świadomość, że zostałem wpuszczony na czujnie strzeżone terytorium.

W amerykańskiej puszczy literackiej Philip Roth jest zwierzęciem na poły mitycznym: rzadko widywanym, budzącym nabożny lęk i namiętnie oplotkowywanym, czasem ze zgorszeniem. Zawdzięcza to nie tylko sławnemu "Portnoyowi", ale też całej późniejszej twórczości. Pisarz nie osiadł na laurach po tamtym sukcesie i ma na koncie 29 książek. W dodatku nie ma dnia, by nie pracował. "Większość dnia spędzam w pracowni" - mówi. "Wieczorem wracam do domu jak robotnik zatrudniony w fabryce literatury: <Jestem, żabciu>".

Tyle że teraz w domu nie ma żadnej żabci. W 1993 r. Roth rozwiódł się ze swoją drugą żoną Claire Bloom i mieszka tutaj sam: sam sobie gotuje i sam dotrzymuje sobie towarzystwa. "Wypadłem poza orbitę życia towarzyskiego" - mówi. "Właściwie nie znam już nikogo z okolicy."

Kiedyś mieszkał tu przez cały rok, ale na starość zimy na wsi stały się dla niego zbyt dokuczliwe. Kiedy przebywa w Nowym Jorku, spotyka się z ludźmi. ("Z reguły jem z kimś kolację"). Ale na wsi czy w mieście, świątek, piątek czy niedziela, trzyma się dawno ustalonego rozkładu dnia. "Jestem człowiekiem, który cały dzień pisze" - zapewnia. Jest także coraz bardziej samotny. "Wszyscy moi znajomi z okolicy nie żyją. Richard Widmark? Umarł jakieś dwa miesiące temu. Arthur Miller też umarł. Mieszkał pół godziny drogi stąd. Bill Styron to samo" - taki apel poległych sugeruje Rothowi, że piknik zbliża się do końca, a śmierć gdzieś już czeka. "Zakrada się do kolejnych moich książek. Chyba żaden z bohaterów moich ostatnich pięciu powieści nie uszedł z życiem."

U Rotha życie i sztuka splatają się ze sobą. "Zrobiłem listę osób, które zmarły przez ostatnie pięć lat. Coś niesamowitego. Pogrzeby i mowy pogrzebowe ciągle mi o tym przypominają" - mówi. Sam je wygłasza? "Czasami. Nie jest to gatunek literacki, który dobrze opanowałem. Uważam go za bardzo trudny."

Jednak swojego miejsca w historii amerykańskiej literatury Roth nie zawdzięcza wyłącznie nestorstwu. Rozpoczęty w 1997 r. cykl powieści składa się na portret współczesnej Ameryki, który chwalą krytycy z obu stron Atlantyku: "Amerykańska sielanka" (1997), "Wyszłam za komunistę" (1998), "Ludzka skaza" (2000), "Konające zwierzę" (2001), "Spisek przeciwko Ameryce" (2004), "Everyman" (2006) i wreszcie pożegnanie z Zuckermanem "Exit Ghost". Jak na pisarza, który niedawno skończył 75 lat, to imponujący dorobek.

A to jeszcze nie koniec. W ubiegłym tygodniu ukazała się krótka (230 stron) powieść "Indignation", morfinistyczne wspomnienia Marcusa Messnera, śmiertelnie rannego żołnierza walczącego na wojnie koreańskiej. Messner umiera na ostatnich stronach i nie wiadomo, czy wspomnienia są pośmiertne, czy może snute w malignie konania. "W morfinowym śnie bohater nie wie, gdzie jest, więc wyobraża sobie, że nie żyje. Jeśli dla czytelnika to nie jest jasne, mnie to nie przeszkadza" - wyjaśnia Roth.

W "Indignation" autor przygląda się światu żydowskiego chłopca, który wychowywał się w Newarku w latach 30. i 40., a następnie młodego człowieka, który wyjeżdża na studia, aby uciec spod kurateli nadopiekuńczych rodziców. Pod wieloma względami bohater przypomina samego Rotha. Znów to samo, westchną wierni czytelnicy, ale czego się spodziewali? Roth nie zna ciekawszej osoby niż on sam i nie krępuje się mówić o swojej wyjątkowości.

Urodził się w konserwatywnej rodzinie żydowskiej, "przed rajstopami i mrożonkami", w roku objęcia władzy przez Hitlera. Jego wrażliwość została naznaczona dziejami tej "brudnej, nieuczciwej dekady", ale równie wielki wpływ miało środowisko: średniozamożna żydowska społeczność Newarku, położonego po drugiej stronie rzeki przedmieścia Nowego Jorku. Roth był i nadal jest amerykańskim patriotą i fanatykiem bejsbolu, który w pewnym momencie żartobliwie nazywa siebie "Jankesem". Drugim najważniejszym tematem jego twórczości - po samym sobie - jest okaleczona republika. Przed laty w autobiograficznych "The Facts" napisał: "Trudno sobie wyobrazić, by jakakolwiek choć trochę inteligentna osoba wychowująca się w Ameryce po wojnie wietnamskiej mogła mieć bardziej jednoznaczne poczucie przynależności do najwspanialszego narodu na świecie, jakie było dane nam, młodzieży dorastającej po zwycięstwie nad nazizmem i japońskim militaryzmem". Dzisiaj, patrząc na lata 50. z perspektywy świata po Bushu, polemizuje z tamtą opinią, mówiąc: "Nigdy nie było złotej ery."

W czasach dzieciństwa Rotha Newark był "wciąż przeważająco biały", ale zaczął już podupadać, co być może tłumaczy, dlaczego pisarz pozostaje tak bardzo do niego przywiązany. Dzisiaj w tym mieście mieszkają prawie wyłącznie czarni, Newark ma murzyńskiego burmistrza, jak również wszystkie problemy związane z przestępczością narkotykową. "W mojej niedawnej dzielnicy jest kiepsko, podobnie jak w całym mieście. W centrum mnóstwo ludzi handluje na ulicy różnymi rzeczami, w większości kradzionymi. Nie odważyłbym się chodzić tam sam."

W latach 50. wszystko wskazywało na to, że Roth zostanie profesorem literatury z gatunku tych, którzy zaludniają karty jego powieści - posępnym, trochę rozwiązłym, zanurzonym w książkach. "Myślałem, że zostanę profesorem literatury, jednak po sześciu miesiącach pracy nad doktoratem miałem tego dosyć, więc zrezygnowałem i zacząłem pisać. Dostałem 800 dolarów od <Esquire> za opowiadanie."

Szybko odkrył cenę zgłębiania tematu swojej żydowskości. W opublikowanym w 1959 r. przez "New Yorkera" opowiadaniu "Defender of Faith" niektórych żydowskich czytelników uraziła sugestia, że żydowski żołnierz może wykorzystywać plemienną solidarność zwierzchnika dla zapewnienia sobie preferencyjnego traktowania. Uraziła tak głęboko, że do akcji wkroczyła Liga Przeciwko Zniesławieniu. Nagle zjawisko "Philip Roth" stało się przedmiotem plotek w synagogach oraz rodzinnych sporów. Rok później naraził się jeszcze bardziej, zamieszczając owo opowiadanie w debiutanckim tomie "Goodbye, Columbus". W latach 60. potępiano go i lżono jako odszczepieńca oraz człowieka gorszego od antysemity. - Broniłem się, ale taka zmasowana napaść na 26-letniego chłopaka mocno zbiła mnie z tropu. Poradziłem sobie z tym, ale nie byłem zachwycony.

Oczywiście to było nic w porównaniu ze skandalem, jaki wywołała publikacja "Kompleksu Portnoya" w 1969 r. Ta książka zrobiła z Rotha człowieka sławnego, a jednocześnie przedmiot banalnego zainteresowania.

Roth wielokrotnie mówił, że nie potrafi wymienić jednego konkretnego doświadczenia, które legło u podstaw "Kompleksu Portnoya". Utwór ten przechodził różne fazy, najpierw nosił tytuł "Jewboy", przez jakiś czas był sztuką teatralną, potem nazywał się "Brandzlowanie", później przeistoczył się w opowiadanie "Żydowski pacjent rozpoczyna psychoanalizę", żeby wreszcie otrzymać swój ostateczny tytuł. Ta powieść w formie wyznania natychmiast podbiła listy bestsellerów. Setki tysięcy Amerykanów odebrały ją jako wyznanie w formie powieści, skutkiem czego głównym przedmiotem zainteresowania czytelników stał się sam autor. I pozostał nim do tej pory.

Na moją sugestię, że po swoich doświadczeniach z żydowsko-amerykańską manią prześladowczą podświadomie pragnął ściągnąć na siebie oburzenie, odpowiada ostrożnie. "Nie myślę o odbiorcach, przynajmniej kiedy piszę. Podczas pisania odbiorcą jestem ja. Tak bardzo mnie to pochłania i tak wielkie sprawia kłopoty, że ostatnią rzeczą, nad którą się zastanawiam, jest to, co sobie pomyśli X czy Y" - dodaje. Niezależnie od motywacji, jakie kierowały Rothem, nie było już odwrotu. "Literatura mnie w to wpakowała i literatura będzie musiała mnie z tego wydostać" - mówi Peter Tarnopol, bohater jego "The Great American Novel".

Może pisanie literatury nie było najlepszą formą ucieczki, jednak na tym się znał. W latach 70. w jego powieściach dało się zauważyć "niebezpieczne skutki posiadania zbyt literackiego umysłu", jak to nazwał jeden z krytyków. Roth eksperymentował z satyrą ("Our Gang"), z satyryczną fantastyką ("Pierś") i "bajkowym bałaganem" ("My Life As a Man"). Wreszcie wybrał drogę introspekcji poprzez kolejnych bohaterów: poprzez Tarnopola, Kepesha ("Profesor pożądania") i Zuckermana ("Cień pisarza" i "Zuckerman wyzwolony"). Był to środkowy okres kariery Rotha, który zbiegł się w czasie ze związkiem z Claire Bloom.

Brytyjska aktorka, która już wcześniej postanowiła "spędzić życie z tym niezwykłym człowiekiem", spotkała go po raz pierwszy w 1975 r., z początku trochę się Rotha bała, ale wkrótce zostali kochankami. Zaczęła odwiedzać go w Connecticut, stając się jego muzą. Roth zadedykował jej "Profesora pożądania". Żeby nie musieć znosić długich okresów rozłąki, znalazł mieszkanie w Notting Hill i spędzał pół roku w Londynie. Mimo że dostrzegał w Anglii antysemityzm, mówi, że dobrze mu się tam mieszkało. "Poznałem mnóstwo ludzi i z wieloma się zaprzyjaźniłem, miałem w Londynie więcej przyjaciół niż w Nowym Jorku. I podobało mi się takie wahadłowe życie."

Swoje angielskie doświadczenia Roth wykorzystał w "Oszustwie", gdzie bohater, literat, ma romans m.in. z przedstawicielką angielskiej klasy średniej. Książka ta zawierająca deklarację, że "w wyobraźni jestem niewierny wobec wszystkich", spowodowała kryzys w związku Rotha z Bloom, która napisała w swoich wspomnieniach: "Przestało mnie obchodzić, czy te wszystkie kochanki były erotycznymi fantazjami. Mowę odebrało mi - choć nie na długo - coś innego: że ukazał mnie jako zazdrosną żonę, która jest nieustannie zdradzana. Uznałam ten portret za wredny i obraźliwy".

W tym samym okresie Roth wpadł w przygnębienie wywołane przez lek halcion, który przepisano mu po operacji kolana, a do tego doszedł atak tęsknoty za krajem. "Czułem się coraz mniej związany z Ameryką. Miałem wrażenie, że tracę kontakt z amerykańskim życiem. W 1989 r. uświadomiłem sobie, że nie mogę tego dłużej ciągnąć, i wróciłem. To był wspaniały powrót do domu, ponieważ na nowo odkryłem stary temat, a mianowicie mój kraj. Idealna sytuacja: znany temat, który jest dla mnie świeży."

W 1993 r. Roth przeżył drugie odrodzenie: rozwiódł się z Claire Bloom i wszedł w fazę, której kulminacją stały się "Exit Ghost" i "Indignation". "To się nazywa wolność" - mówi ironicznym tonem. Mógł jeździć gdzie chciał, mógł pracować gdzie chciał i kiedy chciał, mógł czytać do woli, mógł poświęcić się zgłębianiu swoich licznych jaźni.

Świat Rotha jest światem luster. Za alter ego autora można uznać Zuckermana (osiem tytułów) oraz Kepesha (trzy tytuły), a w bibliografii zamieszczonej w "Oburzeniu" pojawia się jeszcze kategoria "Książki Rotha". Najlepiej ujęła to jego ulubiona krytyczka Hermione Lee: "Zamienić życie w historie, historie w życie: tak się nazywa podwójna gra Rotha". Ale tego rodzaju zabawy na tym się nie kończą. "The Facts", autobiografia powieściopisarza, zaczyna się od listu do Nathana Zuckermana z prośbą o ocenę książki, a kończy odpowiedzią na ten list: "Drogi Philipie! Przeczytałem maszynopis dwa razy. Oto szczerość, o którą prosiłeś: nie publikuj". Z kolei w "Reading Myself and Others" (1976) Roth przeprowadza wywiad z samym sobą. O co tu chodzi? Krytycy stawiają różne hipotezy: gigantyczny wygłup, postmodernizm, który do reszty zwariował, neurasteniczny brak poczucia bezpieczeństwa albo desperackie strategie autora, któremu brakuje materiału.

Roth nie cierpi być pytany o swoje liczne alter ego. Lekceważąco wyraża się o krytykach, którzy utkwili w zastawionych przez niego sidłach. "Jestem Rothem czy Zuckermanem? To wszystko ja... Nic z tego nie jest mną. Piszę powieść i słyszę, że to autobiografia. Piszę autobiografię i słyszę, że to powieść. Skoro ja jestem taki tępy, a oni tacy bystrzy, to niech oni zdecydują, co to jest".

Decyduje się jednak trochę uchylić rąbka tajemnicy, kiedy pytam, czy do grona alter ego można zaliczyć Marcusa Messnera. "Nie podoba mi się koncepcja alter ego. Bohater wyrósł z narracji i żadna z tych rzeczy, które przeżył, nie zdarzyła się mnie. Żadna. To jest wszystko wyimaginowane."

Taśma się kończy. Mój czas też. "Oprowadzić pana?" - Wychodzimy z altany i kierujemy kroki w stronę pracowni, osobnego drewnianego domku na końcu ogrodu. Jest ona skąpo urządzona: dwa biurka (jedno do pisania, drugie do interesów), radio i mównica - Roth, który ma problemy z kręgosłupem, lubi pracować na stojąco. Na gzymsie kominka ("Kiedyś w nim rozpalałem, ale potem się okazało, że cały czas muszę zajmować się ogniem") stoją wyblakłe fotografie rodzinne sięgające przełomu XIX i XX w. Oglądamy pokolenia Rothów w tonacji sepii: dziadkowie, rodzice, starszy brat, młodsze wcielenie samego Philipa. Kłuje w oczy nieobecność żon i kochanek, jest natomiast Saul Bellow oraz parę innych osób spoza rodziny.

Żałuje, że nie ma dzieci? "Nie, nie rozpamiętuję tej kwestii. Byłem zajęty innymi sprawami, a potem pojawiła się bariera wiekowa, u mnie i u kobiet, z którymi byłem."

Nadal lubi ćwiczyć. W większość ciepłych dni pływa w basenie w ogrodzie. Lato się kończy, więc Roth wróci do Nowego Jorku i do harmonogramu, którego stałymi punktami będą kolacje ze znajomymi.

Po skończonym oprowadzaniu Roth podpisuje egzemplarz "Indignation", mówimy sobie do widzenia. Zawracając na krótkim podjeździe, widzę siwego starca, który powoli idzie pośród drzew na randkę ze swoim biurkiem, pisarza, który lubi przebywać ze swoimi licznymi jaźniami i cieszy się z faktu, że żądze już go nie ciągną do innego towarzystwa.

*Robert McCrum, brytyjski pisarz i dziennikarz, pracował w wydawnictwie Faber & Faber, obecnie w redakcji "Observera". Autor m.in. "My Year Off"