Nie mogę wyjść z domu – na zewnątrz sypie grad. Ale to nie jest zwykły grad. Zamiast lodowych kul z niebios lecą skandynawskie kryminały. Ten, kto wyjdzie, sporo ryzykuje: Skandynawowie (a szczególnie Szwedzi) nie piszą cienkich książeczek. Dostać takim tomiszczem w łeb, to jakby cegłą.

Żarty żartami, ale mamy rzeczywiście do czynienia z fenomenem, którego chyba nikt się jeszcze parę lat temu nie spodziewał. Na podsumowania przyjdzie czas, a na razie nachodzi mnie refleksja - taka, dajmy na to, Szwecja, którą poznajemy z tych książek, ma doprawdy niewiele wspólnego ze stereotypowym wizerunkiem, jaki zwykliśmy pielęgnować w naszych głowach. Szwecja z kryminałów przypomina skrzyżowanie Chicago czasów Wielkiego Kryzysu z deszczową, bezimienną metropolią przyszłości z „Blade Runnera” – to istne piekło na Ziemi: piekło, które przestało nawet dbać o potiomkinowską fasadę mieszczańskiego zadowolenia i zapada się pod ciężarem własnej złożoności.

Oczywiście, literatura posługuje się hiperbolizacją, gra przesadą i podkoloryzowaniem. Niemniej, myślę sobie, naprawdę daleko odeszliśmy od czasów poczciwej Agathy Christie i jej wyfraczonych elegantów, dosypujących arszeniku do puddingu. Odeszliśmy daleko nawet od Raymonda Chandlera i jego przytłumionego burbonem ironisty, Philipa Marlowe. Siła skandynawskich kryminałów tkwi w tym, że ich autorom – jako pierwszym – udało się zrozumieć i opisać współczesny świat, w którym bardziej od czasu i odległości, od miłości i nienawiści, liczy się kontrola przepływów: transferów pieniędzy, informacji i ludzi. Świat, by użyć terminów zaproponowanych przez Zygmunta Baumana, skrajnie zglobalizowany (dla jednych) i dramatycznie zlokalizowany (dla drugich) jednocześnie.

„Chińczyk”, najnowsza powieść Henninga Mankella, opiera się wprost na takim rozumowaniu – jej akcja obejmuje dwa stulecia, rzecz rozgrywa się na czterech kontynentach, zaś Mankell opowiada, najprościej rzecz ujmując, o globalnym przesileniu, przeniesieniu punktu ciężkości. Oto na głębokiej szwedzkiej prowincji dokonano przerażającej zbrodni - ktoś okrutnie morduje blisko 20 mieszkańców małej wioski, głównie ludzi starych. Policja jest bezradna w konfrontacji z irracjonalnością i ogromem tego przestępstwa. Próbuje iść tropem domniemanego szaleńca, ale brak najdrobniejszego choćby motywu. Do czasu, gdy pewna sędzia z Helsingborga nie orientuje się, że jednymi z zamordowanych byli członkowie przybranej rodziny jej matki. Kobieta rozpoczyna prywatne śledztwo, raczej przypadkowo i od niechcenia, by zapełnić jakąś aktywnością pustkę i znużenie we własnym życiu małżeńskim. Całkiem niespodziewany, pozornie nonsensowny trop prowadzi w odległe czasy XIX stulecia, do USA i Chin…

Mankell jest wybitnym opowiadaczem – „Chińczyka” konsumuje się jednym tchem, próbując ogarnąć wzrokiem jego szeroki widnokrąg. Mimo to mam poczucie, że pozostałem wobec tej historii nieco obojętny. Może za dużo tu jednak publicystyki? Może międzykontynentalny rozmach tej książki mnie trochę zmęczył? Niewykluczone, że brakowało mi też pogniecionej mordy inspektora Wallandera. Z pewnością zaś nie dałem się ponieść pokoleniowym refleksjom o minionej fascynacji maoizmem i przewagami chińskiej rewolucji.

Ale już „Zimna stal” Jensa Lapidusa (żeby czytać z pełnym zrozumieniem, warto znać poprzednią powieść autora – „Szybki cash”) to perełka. Przenosimy się do dzisiejszego Sztokholmu, ale ów Sztokholm to cały brudny świat w pigułce: serbska mafia, tureccy gangsterzy, skorumpowani gliniarze, prawicowi fanatycy, albańscy kulturyści, wyluzowani rastafarianie, lewaccy aktywiści, arabscy dilerzy, latynoska recydywa… Trzech facetów – każdy z innej strony – płynie przez tę absurdalnie skomplikowaną miejską dżunglę. Iracki dresiarz, z zamiłowania paker, musi spłacić dług za dragi podwędzone Turkom. Sfrustrowany policjant znajduje bardzo podejrzanego trupa, którego tożsamość ktoś stara się za wszelką cenę ukryć. Szwedzki najemnik na amerykańskim żołdzie powraca do ojczyzny i rozpoczyna swoją psychopatyczną kampanię przeciw społeczeństwu…

Lapidus dokonuje literackiego cudu: sprzedaje nam anarchistyczną, pasjonującą 600-stronicową powieść, w której żaden z bohaterów nie budzi ani krztyny sympatii – musimy się przemóc, by śledzić ich losy. I jeszcze ten język: gwałtowny, urywany, brutalny, zanieczyszczony etnicznym slangiem i wszelkim popkulturowym śmieciem – nawiasem mówiąc, gratulacje dla tłumacza, że sobie z tym poradził. „Zimna stal” ma moc dynamitu. Gdyby Mankell miał dzisiaj 30 lat, pisałby jak Lapidus.

Piotr Kofta

Chińczyk (Kinesen)
Henning Mankell, przeł. Ewa Wojciechowska, W.A.B. 2009
Ocena: 4.

Zimna stal (Aldrig fucka upp)
Jens Lapidus, przeł. Mariusz Kalinowski, W.A.B. 2009
Ocena: 5.