"Dzieła zebrane, t.1"
Ireneusz Iredyński, WFW 2009
Ocena: 5/6



Nie umiemy dbać o własne literackie legendy, nie umiemy ich podtrzymywać. Hłasko przetrwał, bo w odpowiednim momencie zdążył wyjechać i – co za tym idzie – nie rozpuścić się w gównie. Himilsbach przetrwał, bo pojawiał się na ekranie i klimatycznie chrypiał: mało kto wie, że był znakomitym pisarzem, jednym z najlepszych polskich nowelistów po wojnie. Stachura przetrwał – ale za cenę uznania go współcześnie za kultową efemerydę późnego PRL-u. Wojaczek właściwie nie przetrwał – gdyby nie biograficzny film, pies z kulawą nogą by o nim nie pamiętał. Tak jak nie pamięta się o Brychcie czy Grochowiaku. Ludowa ojczyzna nie była – mówiąc oględnie – dobrą matką dla tych nonkorformistów. Ale dopiero dwie dekady wolności zaowocowały szczególnym rodzajem amnezji: pochłonięci budowaniem nowego ładu zapomnieliśmy z widoczną ulgą o tym, co w czasach komunizmu było mroczne, trudne, nieoczywiste, instalując w to miejsce protezy nostalgii albo kombatanctwa, od biedy zaś wzruszając się i śmiejąc na starych filmach. A legendy po prostu zaimportowaliśmy, bo tak było łatwiej: dostarczano je w pakiecie, nie wymagały zajrzenia w głąb siebie.




Polski Jean Genet

Podobny los spotkał Ireneusza Iredyńskiego (1939 – 1985), poetę, dramaturga i prozaika. Tę nietuzinkową postać – trochę polskiego Geneta, trochę Bukowskiego, a trochę Kerouaca – kwituje się paroma łatwymi hasłami: że był alkoholikiem, skandalistą, awanturnikiem, w latach 60. siedział w więzieniu za gwałt, zaś jego pogrzeb na warszawskich Powązkach miał groteskowy przebieg. Owo ostatnie przekłamanie to akurat robota Janusza Andermana – ów w cyklu „Fotografie” zamieścił mocno podrasowany opis pogrzebu Iredyńskiego; w tej unikalnej wersji ceremonia odbyła się najwyraźniej wyłącznie w głowie Andermana, bo wszyscy uczestnicy zapamiętali ją całkiem inaczej. (Skądinąd przypominam sobie, że Anderman w „Fotografiach” próbował szlifować ostrze swojej konfabulacji również na moim ojcu – no cóż, nikt mu tego przecież nie może zabronić).

Jednak Iredyński nie zasługuje na to, by traktować go tak powierzchownie i instrumentalnie. Na przełomie lat 50. i 60. ten samouk był – na równi z Hłaską – literackim objawieniem. Jego powieściowy debiut „Dzień oszusta” (1962) to małe arcydzieło, podobnie zresztą jak późniejszy o rok „Ukryty w słońcu”. Na tle bezbarwnej gomułkowskiej stabilizacji Iredyński błyszczał – tak bardzo był inny, tak wyraźnie i jednoznacznie nie zamierzał brać udziału, tak bezkompromisowo kreował własną legendę „złego człowieka”. Towarzysz Wiesław osobiście, tłukąc o blat mównicy egzemplarzem „Dnia oszusta”, potępił pisarza Iredyńskiego. „Ten człowiek żyje tak, jak pisze!” – krzyczał I sekretarz. Słynne oskarżenie o gwałt zostało sfabrykowane przez SB, by zamknąć usta twórcy i ostrzec jemu podobnych. Zaś kara trzech lat więzienia miała złamać mu życie: w jakiejś mierze to akurat się socjalistycznej władzy udało – Iredyński nie zrobił już tak olśniewającej kariery pisarskiej, na jaką się zapowiadał. Zgorzkniał, zamknął się w sobie, uciekał często w warmińską głuszę, gdzie miał letni dom.


Piękny fiat ritmo

Tak się składa, że Ireneusz Iredyński jest moim wspomnieniem z lat szczenięcych. Mieszkaliśmy – on z żoną i ja z rodzicami – na tym samym podmiejskim osiedlu. Oczywiście, z perspektywy dziecka pewne niuanse rzeczywistości pozostają ukryte, a Irek przewijał się gdzieś w tle: najważniejsza była jego żona Teresa, długoletnia przyjaciółka mojej mamy, osoba o wielkim poczuciu humoru i równie wielkiej dobroci.

Pamiętam go jednak całkiem wyraźnie z paru powodów: po pierwsze – genialnie przeklinał. Kiedy mój ojciec zapędził się w jakimś wywodzie, Iredyński znudzonym głosem mówił: „Jonasz, kujwa, do puenty” (nie wymawiał „r”, co czyniło w jego ustach polskie słowa ordynarne zabawnie miękkimi). Ludzi, których nie cenił, zwykł zaś określać pięknym terminem „wicechuj”. Moją dzisiejszą słabość do przeklinania zawdzięczam w dużej mierze Irkowi i jakoś mi z tym dobrze.

Po drugie – bał się dzieci. Trzymał dystans, starał się być groźny i niepokojący, żeby je odstraszyć. Wtedy tego nie rozumiałem, ale teraz już rozumiem. On sam krył w sobie gigantyczną traumę własnego dzieciństwa – ciężar żydowskiego pochodzenia, dziką brutalność ojca, porzucenie przez matkę. Projekt „nowego Iredyńskiego”, mizantropa, straceńca, prowokatora, ów projekt, który stworzył i wcielał w życie, był skorupą, mającą zaleczyć tamte blizny.


Po trzecie – uwielbiał rośliny i zwierzęta. To zrozumiałe w świetle punktu poprzedniego. Przypomina mi się scena z filmu „Leon Zawodowiec” Luca Bessona. Leon stoi przy parapecie, gładzi liście aglaonemy i mówi: „Better than people”. Myślę, że Irek to samo mówił do swojego psa.

Po czwarte – pił. Mocno pił. Ale pił dziwnie – jakoś tak nie po polsku. Przyjmował alkohol niczym lekarstwo, regularnie i w określonych (dość sporych) dawkach. Ale po piciu zawsze się zbierał: czysty, świeżo ogolony, w jasnym ubraniu. Nigdy nie pisał po wódce.

Po piąte – może nie najważniejsze, ale dla mnie to było istotne – jeździł fiatem ritmo. Bardzo mi się podobał ten fiat ritmo.

Umarł niespodziewanie, młodo. Pewnie nie przyszłoby mu do głowy, że ten chłopiec, którego czasami podwoził ze szkoły do domu, będzie kiedyś pisał o nim wspomnieniowy tekst. W złośliwych, zaczepnych żartach przewidywał dla mnie raczej rolę psychopaty, który zarąbie własną matkę siekierą.



Rozpacz i obcość

Wreszcie ktoś się jednak odważył przypomnieć Iredyńskiego. Warszawska Firma Wydawnicza postanowiła opublikować jego dzieła zebrane – właśnie ukazał się pierwszy tom, zawierający trzy utwory prozatorskie: wspomniane już mikropowieści „Dzień oszusta” i „Ukryty w słońcu”, późną nowelę „Okna” oraz znakomite, obszerne posłowie pióra Piotra Müldnera-Nieckowskiego, rozwiewające wszystkie właściwie mity, jakie nagromadziły się wokół postaci pisarza.


Pierwsze wrażenie po lekturze: Iredyński był twórcą niesamowicie sprawnym językowo. Drugie: ta literatura w ogóle się nie zestarzała. Nabrała za to szlachetności, ukazując zresztą mocno swoje amerykańskie inspiracje. Pokutuje opinia, że autor był nihilistą – nic bardziej błędnego: „Dzień oszusta” – historia jednej doby z życia pewnego cynicznego manipulatora i mitomana – jest manifestem skrajnej obcości w świecie, o wymowie bliskiej utworom dzisiejszych transgresywistów zza oceanu, w rodzaju Palahniuka czy Ellisa. Cynizm i nihilizm maskują tu rozpacz i desperację. Jeszcze ciekawszy wydaje się „Ukryty w słońcu”, pozornie chaotyczny, improwizowany zapis myśli, wspomnień i projekcji mężczyzny czekającego na spóźniającą się kobietę. Iredyński zastosował tu niemal postmodernistyczną technikę, by opowiedzieć po swojemu największy literacki temat: miłość. Pod pozorami dezynwoltury i bezczelności dostajemy gorzką, liryczną, mocno egzystencjalistyczną historię uczucia, od samego początku przesiąkniętego obawą o nieunikniony kres. W „Oknach” autor daje dla odmiany pokaz umiejętności w budowaniu dialogu – ale w istocie to bardzo prosta (i pełna smutku) rzecz o nieprzeniknionej samotności każdego pisarza.

Cholerne więzienie języka i polityki – myślę sobie. Gdyby prozaik z talentem i pomysłowością Iredyńskiego (a przecież był on też interesującym dramaturgiem) debiutował w tamtych czasach, nie w komunistycznej Polsce, ale gdzieś na Zachodzie, miałby szansę na znacznie okazalszą nagrodę od losu. Tak czy inaczej, u nas też zasługuje na kolejne rozdanie. Nie dajmy sobie zabrać pamięci – na koniec zawsze się okazuje, że to jedyne, co (poza ewentualnym potomstwem) mamy naprawdę.