Twierdzi pan, że podstawową umiejętnością pisarza jest zdolność do przebywania w pojedynkę. Czy posiadanie rodziny nie stoi z tym w sprzeczności?

John Irving: Jako pisarz jestem sam – ale o czym piszę? O dzieciństwie, rodzinie, strachu. Strach przed utratą bliskich to stały motyw w moich książkach – faktyczna ich utrata zresztą także. Dlaczego więc nie miałbym być częścią jakiejś rodziny w moim własnym życiu? Gdybym jej nie cenił, jak mógłbym się tak bardzo bać jej utraty?

Strach przed tą stratą można uznać za jedną z pana obsesji. Mówił pan kiedyś, że w pracy każdego pisarza pojawiają się irracjonalne elementy, których ani się nie wybiera, ani nie można odrzucić.

Tego rodzaju powtórzenia wiążą się z tym, że masz coś wartościowego do powiedzenia. Na przykład wątek śmierci dziecka w mojej prozie nie pochodzi z wyboru; przeraża mnie przecież sama myśl o tym! Ale ów motyw nawiedza mnie mimowolnie, nie daje spokoju. Podobnie jest ze zderzeniem seksualnej niewinności z czymś wyrafinowanym – to też pojawia się stale w moich książkach, bo wciąż powraca w myślach. Różne rzeczy mówią do ciebie: „Jestem ważna”. I wtedy nie masz już wyjścia.

Jest pan miłośnikiem XIX-wiecznych powieści. Do współczesnej prozy ma pan stosunek raczej negatywny. Naprawdę nie znajduje w niej pan nic ciekawego?

To właśnie te wielkie XIX-wieczne powieści sprawiły, że zapragnąłem zostać pisarzem. Były one bardzo wizualne, długie, miały wyrazistą fabułę. XIX-wieczni twórcy wkładali wiele wysiłku w pracę nad postaciami, by stały się one realistyczne, a ich charakter złożony. Podobnie było z położeniem nacisku na upływ czasu. Mówię o Dickensie, Hardym, Melville’u czy Hawthornie. Współczesna literatura nie wytrzymuje z nimi konkurencji. XIX-wieczne pisarstwo jest dla mnie ideałem formy. Oczywiście mam wielu przyjaciół, którzy piszą współczesne książki. Czytam je. To nie tak, że nie lubię współczesnej literatury. Po prostu wolę XIX-wieczną.

I wciąż pan uważa, że to Dickens byłby dziś najbardziej rozchwytywanym scenarzystą?

Powiedziałem tak? Może miałem na myśli to, że Dickens rzeczywiście byłby dobrym scenarzystą, ale to nie znaczy, że nie pisałby powieści. Mam natomiast niemal pewność, że scenarzystą – i to świetnym – zostałby Thomas Hardy. Jest najbardziej filmowy ze wszystkich pisarzy. On po prostu fizycznie opisuje wszystko, co widzi. Myślę, że pokochałby pisanie scenariuszy.

Mówimy o filmie, ale słyszałam, że nie on, ale teatr jest pana pasją.

Zanim zainteresowałem się literaturą, kochałem teatr. Dorastałem na zapleczu małomiasteczkowego teatru. Moja mama była tam suflerką. Chciałem wtedy zostać aktorem – ale teatralnym, nigdy filmowym. Zawsze uwielbiałem teatr, ale nie przepadałem za filmami – nawet jako dziecko.

No cóż, za to filmowcy kochają pana. Wiele pańskich powieści zostało z sukcesem przeniesionych na ekran – choćby słynny „Świat według Garpa”. Mnie szczególnie podobały się „Drzwi w podłodze” na podstawie „Jednorocznej wdowy”.

W moich książkach najważniejszy jest upływ czasu. Jest on równie ważny co każda z postaci. Powieści świetnie sobie radzą z ukazaniem tego procesu. Możesz patrzeć na postać, która jest już wiekowa, i nigdy nie stracić z pola widzenia tego, kim była jako dziecko. Spójrzmy choćby na Homera Wellsa, Danny’ego Baciagalupo, Jacka Burnsa, Ruth Cole czy Garpa (postaci z powieści Irvinga – przyp. red.). Kłopot z filmami jest taki, że nie potrafią dobrze oddać przemijania. Kiedy musisz zastąpić młodych aktorów starszymi, postać traci sens. Jeśli więc nie potrafię poradzić sobie z upływem czasu przy przenoszeniu książki na ekran, nie chcę w tym uczestniczyć i tracę zainteresowanie filmową wersją powieści. Odmówiłem pracy przy adaptacji „Świata według Garpa”, godząc się jedynie na stanowisko konsultanta reżysera, którym był mój przyjaciel George Roy Hill. Tak samo było z „Hotelem New Hampshire”. Po prostu nie widziałem tych książek na ekranie. Inaczej rzecz się miała z „Regulaminem tłoczni win” (sfilmowanym jako „Wbrew regułom” – przyp. red.). Wierzyłem w jego filmową wersję i zaangażowałem się całkowicie w proces jej tworzenia. Powieść rozgrywa się w ciągu 15 lat, film w ciągu 15 miesięcy. I to nie zgrzytało. Inne dwie powieści, które zgodziłem się zaadaptować – „Czwarta ręka” i „Syn cyrku” – to także książki, w których miałem pomysł na to, jak uporać się z przemijaniem w ich filmowej wersji. Jednak najczęściej nie jestem zainteresowany filmowaniem moich książek, wiem bowiem, że nie uda się wiarygodnie przekazać tego, co rozpisałem na lata.


Pana najnowsza książka „Ostatnia noc w Twisted River” opowiada historię ojca i syna – Dominica i Danny’ego Baciagalupo. Danny z 12-letniego chłopca wyrasta na szanowanego autora książek. To nie pierwszy raz, gdy w pana książce pojawia się figura pisarza...

Napisałem trzy powieści o pisarzach. I nie są to powieści autobiograficzne! Na przykład Garp jest bardzo podobny do mnie jako ojciec, ale nie jako mężczyzna, a już na pewno nie jako pisarz. Ruth Cole bardziej przypomina mnie jako pisarza – z neurotyczną wręcz potrzebą researchu chociażby. Ale jako osoba jest całkiem odmienna – może poza paroma wątkami związanymi z problemami z ojcem i (w jej przypadku) z matką. Ale Ruth nie jest taka jak ja – ja bym nigdy nie opuścił swoich dzieci, z żadnego powodu.

A co z Dannym?

Danny bardzo przypomina mnie jako pisarza – dałem mu zresztą takie wykształcenie, jakie sam odebrałem. Chodziliśmy do tych samych szkół, kiedy byliśmy w tym samym wieku; podarowałem mu nawet swoją własną metodę twórczą (np. rozpoczynanie książki od końca). Ale tu kończą się podobieństwa. Świadomie wyposażyłem Danny’ego w takie życie, jakiego sam się obawiam – nie moje życie, ale wyobrażone życie koszmar. Wszystko, czego Danny obawia się utracić – utraci, wszyscy, których kocha – umrą lub odejdą. To człowiek bez domu, bez ojczyzny.

Jest pan znany z drobiazgowej dokumentacji swych książek. Słyszałam, że pracując nad powieścią „Zanim cię znajdę”, nauczył się pan nawet robić tatuaże. A czy research do „Ostatniej nocy w Twisted River” nastręczał panu problemów? Musiał pan dobrze poznać środowisko drwali sprzed półwiecza, a także pracę kucharza, bo przecież tym zajmuje się ojciec Danny’ego .

Pisząc „Ostatnią noc w Twisted River”, nie musiałem się szczególnie przykładać do researchu. Dorastałem w New Hampshire. Kiedy pracowałem w sadach jabłoniowych na południu stanu, moi kuzyni byli zatrudnieni w obozach drwali na północy. Często ich odwiedzałem, więc dobrze poznałem te miejsca i to środowisko. Mój kuzyn wciąż pracuje przy wyrębie; pokazał mi wszystko, co powinienem był zobaczyć, i zapoznał mnie z paroma starymi flisakami. Byłem też sam kucharzem – jako nastolatek zacząłem pracę w kuchni. Przeszedłem przez wiele restauracji. Jestem całkiem niezłym kucharzem. Mam też przyjaciela, który dorastał we włoskiej części Bostonu – jest Włochem i świetnie gotuje. Zresztą wielu moich przyjaciół związanych jest z branżą kulinarną – w Vermont, w Toronto… Wiec research do tej powieści był akurat łatwą sprawą.

A czy znał pan jej zakończenie? Bo słynie pan z tego, że zaczyna książkę od ostatniego zdania.

Tak, nie zaczynam pisać, dopóki nie znam końca. Bo przyjemność z pisania znajduję w czym innym, niż w zastanawianiu się, co zdarzy się dalej. Wiem, co zdarzy się dalej. Frajda twórcza wynika z poszukiwania odpowiedniego języka do oddania rzeczy. Tymczasem zwroty akcji, intryga, następstwo zdarzeń – to część strategii organizacyjnej, a nie wynik artystycznego olśnienia. Nie piszę, by odnaleźć siebie czy cokolwiek takiego. Jestem rzemieślnikiem. Tworzę książkę, tak jak tworzy się każdą inną rzecz.

Jednak książki mają tę przewagę nad wieloma innymi rzeczami, że niosą jakieś znaczenie, zatem potrafią stać się podstawą komunikacji międzyludzkiej. Sam pan mówił, że „Ostatnia noc w Twisted River” to historia o tym, że nie powinno się traktować bliskich tak, jakby byli nam dani raz na zawsze.

To, co mówię na temat książki, często jest dalekie od rzeczywistości. Choć rzeczywiście nie powinniśmy tak ich traktować, bo w każdej chwili możemy ich stracić. W sumie nie potrzebujemy tej ani żadnej innej rady, ale to prawda!

Zmieniając temat – jest pan fanem zapasów. Nigdy nie słyszałam o pisarzu, który czynnie uprawiałby ten sport. A po filmie „Zapaśnik” już w ogóle można mieć wielkie obawy co do tego, czy to sport dla intelektualistów.

Ten rodzaj zapasów, o którym pani mówi – wrestling – to nie są prawdziwe zapasy, takie, w których zawodników dzieli się na kategorie wagowe i które są uprawiane także w Polsce – w stylu klasycznym i wolnym. Musi to pani kiedyś obejrzeć. Zawodnicy naprawdę nie okładają się tam krzesłami! To jest prawdziwy sport, podporządkowany surowym regułom, mający wytyczone granice tego, co można zrobić, a co jest zabronione. Natomiast te zapasy, o których pani mówi, opierają się na choreografii, gdzie wszystkie ruchy są zaplanowane. To nie sport, ale idiotyczna rozrywka. „Zapaśnik” to dobry film, lecz nie ma nic wspólnego z prawdziwymi zapasami. Jestem pewien, że polska drużyna zapaśników pozwoli pani pooglądać swój trening. Wtedy przekona się pani do tego sportu.

Na pewno ich zapytam. A teraz spróbuję się jeszcze dowiedzieć, czy ceni pan polskich pisarzy?

Przykro mi. Nie czytam polskich powieści.