Oczywiście porównywanie kultury dzisiejszej z dawną jest zawsze trochę niesprawiedliwe. Kultura współczesna to ziarna wraz z plewami. Kultura miniona to kanon. O dawnych plewach nikt już nie pamięta. Nie całkiem o to jednak chodzi. Śledząc dzisiejszą kulturę, która niepostrzeżenie stała się „coolturą”, zapomnieliśmy, czym jest prawdziwa twórczość i kim w gruncie rzeczy jest sam twórca. Zagubieni pomiędzy infantylizmem komiksów a blagą kolejnych awangardowych „działań” artystycznych oraz towarzyszących im bełkotliwych manifestów, nagradzanych pospiesznie rozmaitymi stypendiami, nie zastanawiamy się już, po co nam to wszystko.

Tymczasem książka bazylejskiego profesora – sama należąca do kanonu europejskiej humanistyki – pozwala sprawy te przemyśleć na nowo. Popłynąć pod prąd ku źródłom. „Tragiczne dzieje literatury” nie są konwencjonalnym podręcznikiem. Nauka zaś, jaką ewentualnie można wynieść z ich lektury, nie sprowadza się do prostego wezwania, by wrócić do dzieł sprawdzonych i dekadencko zasklepić się w kontemplowaniu ich zewnętrznej doskonałości.

Książka Waltera Muschga – napisana przed ponad półwieczem – sama wyrasta co prawda z lęku przed nihilizmem tamtej epoki, o czym autor otwarcie pisze już na wstępie, jednak nie zawiera prostych narzekań na kryzys kultury. Nie zwiastuje końca europejskiej cywilizacji, który ma nastąpić po wiekach rozkwitu, co wówczas było tematem równie modnym, jak modnym jest dziś mówienie, że nasza kultura świetnie się rozwija, tylko rządowych dotacji ciągle jest zbyt mało.

Wręcz przeciwnie. Autor z pełną premedytacją snuje na blisko 800 gęsto zadrukowanych stronach fascynującą opowieść o nieszczęściu, jakim zawsze jest tworzenie, i o straceńcach, którzy są twórcami. Ową tragiczność wpisaną wedle Muschga w dzieje literatury najlepiej pozwala zrozumieć pojęcie „schizofrenii bezobjawowej”. Stworzone w sowieckiej Rosji jako knut na dysydentów było ono i jest przedmiotem drwin, uchodząc za jeden z największych absurdów tamtego systemu. Tymczasem pojęcie owo skrywa uniwersalną, choć gorzką prawdę, która jest aktualna w każdym miejscu i w każdej epoce.

„Normalny” człowiek należy przecież do większej całości. Jest zatem „naturalne”, że wyznaje poglądy, które aktualnie „się wyznaje”, czyta książki, które „się czyta”, podziwia tych, których „się podziwia”, a gani tych, których „się gani”. Nie ma tu znaczenia, jakich wartości dotyczy owo „się”. Takie określone wartości i gusta obowiązywały w komunistycznej Rosji; takie, choć zupełnie inne wartości oraz gusta istnieją w dzisiejszej Europie.

Co się jednak dzieje, gdy człowiek na pozór normalny odstaje od swojego najszerzej rozumianego środowiska? Gdy myśli i czuje po swojemu, inaczej niż jego środowisko, jakiekolwiek by ono nie było? Prostoduszni w swojej brutalności rosyjscy komuniści uważali, zgodnie zresztą z tradycją ustanowioną jeszcze przez cara Mikołaja I, że ktoś taki – mimo braku klinicznych objawów szaleństwa – jest jednak chory na umyśle, bo, wypadłszy z własnej wspólnoty, żyje w tragicznym rozdwojeniu. To faktycznie schizofrenik, a po naszemu – jakże często – „oszołom”.


Walter Muschg nie potrzebuje odwoływać się do tych pojęć, będąc bowiem czytelnikiem niemieckiego filozofa, Friedricha Nietzschego, zna pojęcie „niewczesności”. Tragiczność literatury sprowadza się w dużej mierze właśnie do jej niewczesności. Tę niewczesność Muschg stara się opisać możliwie najwszechstronniej i – dodajmy – na swój, zupełnie oryginalny sposób. Nie poprzestaje na stwierdzeniu, że twórca jest outsiderem i odmieńcem, ale tworzy kilka typów tego outsiderstwa. Mamy więc maga, jasnowidzącego, pieśniarza, kuglarza, kapłana i poetę. Każdemu z tych typów, niczym w astrologii lub enneagramie, przypisane są określone cechy.

Każdy typ posiada swych reprezentantów. Magiem jest Goethe, Orfeusz, Szekspir czy Rimbaud. Jasnowidzem Mojżesz, Dante, Luter, tudzież Milton. Pieśniarzem – co nie powinno zaskakiwać – Homer, a kuglarzem – Byron. Kapłani to św. Paweł i Tołstoj, wreszcie poetą jest Wergiliusz.

Rzecz jasna, można się spierać o naukową prawomocność tego rodzaju podziałów, tak samo jak można się zastanawiać nad merytoryczną wartością stwierdzeń wypowiadanych przez autora prawdziwie poetyckim stylem: „Każda wielka epoka artystyczna wytyczała drogę od nabożnego milczenia do nowego języka tajemnicy życia, a potem do odświęcenia tego języka”. Jednak o wiele więcej można zyskać, jeśli zamiast spierać się z Muschgiem, pozwolimy, by nas prowadził.

Mimo ogromnych rozmiarów książkę czyta się znakomicie, gdyż do jej największych zalet zaliczyć trzeba wizję i rozmach poparte wielką erudycją. Narracja jest pełna anegdot, niekiedy skandalizujących. Nie ma natomiast drobiazgowych polemik i całej naukowej kuchni, towarzyszącej zazwyczaj pracom historyczno-literackim. Autor nie poprzestaje też na wyznaczeniu owych typów, co samo w sobie byłoby zamiarem dość jałowym, lecz przedstawiwszy je, otwiera przed nami kolejne poziomy egzystencji twórców. Poznajemy więc ich ubóstwo i cierpienie. Patrzymy na ich wyrzeczenie. Zgłębiamy winę i fantazję. Badamy, czym było dla nich słowo. Na koniec dotykamy problemu spełnienia oraz sławy, o której przecież marzą.

Wszystko to – co wypada bardzo wyraźnie zaznaczyć – nie składa się na jakąś socjologię literatury. Pozwala jednak całkiem dosłownie odczuć, czym naprawdę okazuje się tworzenie i czego wymaga od twórcy. Jest już chyba jasne, że książka Waltera Muschga o literaturze sama w gruncie rzeczy jest dziełem literackim. Tak też bywała oceniana. Ale jest ona czymś jeszcze. Mianowicie dziełem romantycznym w najszerszym tego słowa znaczeniu.

Z gruntu romantyczne jest nie tylko samo wyrażone w tytule przekonanie o tragiczności literatury. Nie tylko styl i metoda, którymi operuje autor, chętnie powołujący się tutaj na Goethego. Romantyczne jest nade wszystko wyobrażenie, jakie Muschg ma na temat twórcy i tworzenia. Pośród wszystkich wymienionych typów – owych magów, kapłanów i kuglarzy – nie znajdziemy bowiem jednego. Rzemieślnika. Tymczasem sztuka, nim nasze myślenie o niej przeorał romantyzm, była umiejętnością, kunsztem, sprawnością wykonania. Sztuką właśnie. Nie oryginalność, tak ważna dla romantyków, stanowiła miarę dla twórczości, lecz współzawodnictwo. Nie wymyślanie nowych tematów albo fabuł, ale coraz lepsze opowiadanie starych. Nie „bebechy”, lecz pomysłowość i techniczna biegłość. Właściwie dla nas nie brzmi to wcale aż tak obco, jak moglibyśmy odruchowo sądzić. Przecież tak działa obecnie Hollywood. Te wszystkie sequele, remaki, rebooty, na które wyrzeka się dzisiaj zwyczajowo, doskonale odpowiadają dawnym pojęciom wariacji tudzież emulacji. Bóstwa z antycznej mitologii, starotestamentowe sceny i chrześcijańskich świętych, którzy nieustannie przewijają się w europejskiej twórczości przedromantycznej, zastąpili Batman, Joker, James Bond albo Spock. To ich przygody przeżywamy w coraz to nowych wersjach i wariantach, podziwiając sprawność realizatorów.

Tak oto, niejako na naszych oczach, odradza się klasycyzm w wymiarze popkulturowym. Romantyzm zaś zdaje się dogorywać jako kultura rzekomo wysoka, ambitna i awangardowa, którą się podziwia raczej ze snobizmu niż z potrzeby serca, a tworzy już tylko jako imitację autentycznej twórczości zrodzonej z bólu oraz pasji. Tymczasem każda twórczość istotnie warta tego miana jest nade wszystko marnowaniem sobie życia, ale w prawdziwie wielkim, tragicznym stylu. O tym właśnie książka prawdziwego romantyka Waltera Muschga, nam dziś poniekąd przypomina.