W jaki sposób hebrajski ogranicza pisarza?

Amos Oz: Wymaga uważności, wydaje mi się, że bardziej niż jakikolwiek inny język. Pisanie we współczesnym hebrajskim jest trochę jak granie kameralnej muzyki w pustym dużym kościele. Jeśli nie robisz tego delikatnie, pojawiają się przypadkowe, niechciane echa. Możesz podjąć próbę opisania kłótni męża z żoną o wynoszenie śmieci, która mimochodem staje się rozmową z odniesieniami do Biblii. Ale jeśli zależy ci na humorze, parodii, ironii, te echa okazują się błogosławieństwem. Zatem pisanie w tym języku uważam za wyzwanie – pełne pułapek. Swoją drogą podteksty nie muszą docierać do wszystkich odbiorców. Dla mnie hebrajski to też pamięć o tradycji. Rodzice posługiwali się kilkunastoma językami, łącznie z tymi, w których czytali, ale mnie nauczyli tylko hebrajskiego. Tak naprawdę oznaczało to trochę powrót do języka modlitewnika.

Czym różni się ten język od współczesnego hebrajskiego?

Jest bardziej wyluzowany. Nie prowokuje przekazu ludzi przywiązanych do zasad, manier. Izrael na wybrzeżu jest charakterem daleki od wyobrażenia o austro-węgierskim porządku, który nie wiadomo dlaczego miałby się pojawić między Libanem a Syrią. Bardziej przypominamy Włochów albo Hiszpanów. Liczy się hedonizm, zabawa, konsumpcja.

A jeśli chodzi o sposób opowiadania historii, jaka tradycja jest panu najbliższa?

Wszystko, co nie jest jednoznaczne, niszczy proste określenia gatunków, emocji. Śmiech przez łzy, pomieszanie fantazjowania z relacją dokumentującą rzeczywistość. Czechow tak opowiadał.

Która z pana książek najlepiej zaciera granice między tragedią a komedią, fikcją a dokumentem?

"Opowieść o miłości i mroku". Od kiedy ją napisałem, wiem, że możliwe jest stworzenie w literaturze czegoś, co naprawdę niszczy granice – wszystkie. Ta opowieść istnieje między moją wyobraźnia a pamięcią. Nie ma w niej podziału na światy żywych i umarłych. W jakiejś mierze zapisałem emocje dotyczące własnego dzieciństwa, a w jakiejś wymyślałem je od nowa, pisząc. W "Tym samym morzu" zrobiłem coś podobnego. Nie jest to ani zwyczajne opowiadanie historii, ani tylko proza, ani tylko poezja. A nawet nie tylko język, bo chciałem, żeby w tej książce była też muzyka. Miałem ambicję, żeby stworzyć coś, co zostaje w głowie jak śpiew.

Dlaczego nigdy nie powstała powieść, w której odwołałby się pan do swojego udziału w wojnie izraelsko-arabskiej w 1967 roku?

Próbowałem, ale poczułem, że to przewyższa moje umiejętności. Nie potrafię opisać pola walki, bo wiem, że musiałbym nazwać zapachy, które pamiętam, a to wydaje mi się niemożliwe.

Dlaczego tak dużo czasu upłynęło, zanim w "Opowieści o miłości i mroku" zaczął pan pisać o emocjach związanych z matką?

Tę historię – związaną z jej samobójstwem – długo odrzucałem, po prostu była dla mnie zbyt bolesna. Oczywiście wciąż odczuwałem tak samo intensywnie niedomówienia, zadry między mną a rodzicami, jednak nie umiałem pisać o tym wcześniej, kiedy było we mnie dużo złości. Na ojca, że pozwolił matce odejść, na nią, że mnie zostawiła, na siebie samego, że nie byłem wystarczająco dobrym chłopcem, żeby chciała z tego powodu wciąż żyć. W końcu dorastasz tak bardzo, że zaczynasz traktować rodziców jak swoje dzieci. Z czułością, ze zrozumieniem, przymykając oko na ich błędy. Wcześniej nie potrafiłem relacjonować historii mojej rodziny, przez lata upraszczałem ją, odrzucałem jej złe elementy.

Kiedy zacząłem pracować nad "Opowieścią o miłości i mroku", od śmierci mojej matki minęło jakieś 60 lat, nie mogłem pamiętać dokładnie tego czasu. Motorem była zatem wyobraźnia, nie pamięć. Nie napisałem autobiograficznej książki, nie jest to wspomnienie. Sama forma o tym świadczy, chronologia nie jest zachowana, przeskakuję między miejscami rzeczywistymi a wyobrażonymi.


Co pana zdaniem interesuje ludzi w opowieściach o trudnych relacjach rodzinnych?

To są moim zdaniem najdziwniejsze relacje, mimo że uważa się je za najbardziej naturalne. Wydaje mi się, że rodzimy się samotnikami albo w najlepszym razie monogamistami. Tymczasem w rodzinie powinieneś kochać kilka osób jednocześnie tak samo, żeby te relacje były uznawane za dobre. Wciąż jednak ten wytwór społeczny istnieje, choć jest w nim dziwny brak logiki.

W kibucu te relacje muszą być jeszcze mniej logiczne. Rozciągają się w końcu na kilkadziesiąt osób.

Albo nawet kilkaset. Rzeczywiście, po latach pamiętasz ich marzenia, niezrealizowane plany, wiesz o nich prawdopodobnie więcej, niż chcieliby. Oni też poznają cię lepiej, niż byś na to pozwolił, gdybyś mógł zadecydować.

Dlaczego zmienił pan nazwisko?

Chciałem być inny niż ojciec, nie chciałem jego nazwiska. Wszystko zaplanowałem inaczej. Odrzuciłem nazwisko Klausner, które oznaczało dobrze wykształconą arystokrację, na rzecz Oza, co oznacza siłę.

Jest pan wyższy od ojca?

To mi nie wyszło. Ale również po to, żeby być daleko od niego, uciec od jego wpływu, zacząłem żyć w kibucu. Starałem się zapomnieć o wykształceniu, elokwencji, mało mówiłem, za to dużo pisałem.

Wtedy nauczył się pan tworzyć historie?

Nie uczyłem się specjalnie, zawsze opowieści przychodziły do mnie przez język. Przy każdej kolejnej książce na początku wymyślam głosy postaci, ich sposób mówienia, który potem nabiera wyrazistości. Długo nie piszę, tylko słucham tych głosów, pozwalam im się rozwijać. W końcu są ze mną tak długo, że traktuję je jak znajomych. Kiedy coś się zaczyna dziać między tymi wymyślonymi postaciami, ich cechy ścierają się albo współgrają, zaczyna się rodzić historia.


Wciąż chciałby pan być książką?

To pragnienie z dzieciństwa było praktyczne, nie jest już potrzebne. Kiedy mieszkałem z rodzicami w Jerozolimie na początku lat 40., docierały do mnie wiadomości o mordowaniu Żydów w Europie. Pomyślałem, że po prostu bezpieczniej byłoby być książką niż człowiekiem, jako jedna z kopii mógłbym przetrwać.

Od jak dawna pana zdaniem istnieją bajki?

Ludzie opowiadają je sobie, od kiedy uprawiają seks. Tym się różni seksualność ludzi od życia erotycznego zwierząt. My tworzymy wokół tego opowieści. Nawet jeśli nie mówimy do siebie, kiedy się kochamy, tworzymy jakieś opowieści w głowach. Miłosne zbliżenia są bajkami.

Wielki urodzaj na Oza

W początkach października na rynku księgarskim od lat ma miejsce szczególna loteria – loteria noblowska. Jeśli wydawca dobrze obstawi, wygrywa, oprócz prestiżu, co najmniej parę miesięcy finansowego spokoju. Niestety, zwycięstwo może przypaść tylko jednemu pisarzowi: w tym roku był to Mario Vargas Llosa.

Na dziennikarskiej giełdzie jako liczącego się kandydata wymieniano też znakomitego izraelskiego prozaika i eseistę Amoza Oza – tej kalkulacji być może zawdzięczamy jesienny urodzaj jego twórczości. I choć tym razem laur zgarnął ktoś inny, Oza czytać warto niezależnie od decyzji szwedzkich akademików.

Na pierwszy ogień dostajemy powieść dokumentującą czasy, gdy Oz jako młody chłopak mieszkał i pracował w kibucu. "Spokój doskonały" (1982) to nie tylko historia małżeńskiego trójkąta, lecz także uniwersalny traktat o ludzkiej wolności.

"Tam, gdzie wyją szakale" to debiutancki zbiór opowiadań Oza z 1965 roku – łatwo możemy sprawdzić, jak rodziły się talent pisarza i jego najważniejsze tematy. Wreszcie wznowiona po latach antologia "Opowieść się rozpoczyna" to szansa na poznanie Oza jako autora znakomitych esejów literackich.

SPOKÓJ DOSKONAŁY | przeł. Magdalena Sommer | Świat Książki 2010 | 39,90 PLN

TAM, GDZIE WYJĄ SZAKALE | przeł. Katarzyna Bogucka-Krenz | Rebis 2010 | 35,90 PLN

OPOWIEŚĆ SIĘ ROZPOCZYNA | przeł. Wacław Sadkowski | Prószyński i S-ka 2010 | 27 PLN