pisarze, których nazywamy autorami jednej powieści, bez względu na to, jak wiele książek wyszło spod ich pióra. Liczy się ta, która zapisała się w zbiorowej świadomości i nadała autorowi status literackiej gwiazdy. Powieść, która osiągnie sukces, dla pisarza bywa błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Wyznacza horyzont oczekiwań, jakie artyście stawia publiczność i jakie on zaczyna stawiać sobie sam. Często – niemożliwych lub arcytrudnych do spełnienia.

Harper Lee była autorką jednej powieści, i to dosłownie. Urodzona w 1926 roku pisarka miała 34 lata, gdy jej literacki debiut, „Zabić drozda”, zyskał poklask krytyki i stał się rozchwytywanym bestsellerem, który sprzedawszy się w nakładzie 40 milionów egzemplarzy, przyniósł Lee Nagrodę Pulitzera. Przedstawiona z perspektywy niewinnego dziecka opowieść o procesie czarnoskórego mężczyzny oskarżonego o gwałt na białej kobiecie, celnie wpisywała się w klimat dysput nad rasizmem i segregacją rasową w Ameryce lat 50. i 60. Dopełnieniem sukcesu książki stała się jej filmowa adaptacja w reżyserii Roberta Mulligana (film zdobył trzy Oscary i był jednym z największych artystycznych osiągnięć w dorobku tego twórcy) z Gregorym Peckiem w roli głównej. Cóż można było począć z tak oszałamiającym początkiem literackiej kariery? Harper Lee nie poczęła... nic. W latach 60. opublikowała jeszcze kilka cenionych szkiców, ale druga powieść autorki „Zabić drozda” nie ukazała się nigdy.

I oto, po 55 latach od premiery „Zabić drozda”, niespodzianka. Jak ogłoszono, niebawem ukaże się drukiem nowa powieść Harper Lee. Nie, 88-letnia pisarka nie zasiadła do pisania książki po ponadpółwiecznym okresie konsekwentnego milczenia. Rzecz zatytułowana „Go Set a Watchman” powstała dawno temu, niespodziewanie odnalazła się po latach i jest zapowiadana jako sequel „Zabić drozda”.

Sequel? Termin stosowany najczęściej nomenklaturze filmowej w literaturze także bywa kategorią poręczną. I rzecz tyczy się nie tylko literatury popularnej. Samo słówko budzi jednak podejrzliwość. Po cóż na nowo powoływać do życia bohaterów, którzy wprawdzie raz przypadli czytelnikom do gustu, ale tym samym zaczęli wieść odrębne życie w ich umysłach i wyobraźni? Czy za samą ideą sequela nie idzie przypadkiem chęć pójścia na skróty i odcięcia kuponów od tego, co raz okazało się skutecznym przepisem na sukces? Gdyby pójść tropem łatwych generalizacji, trzeba by zapomnieć, że Tolkienowski „Władca pierścieni” to sequel zakrojonego na nieporównywalnie mniejszą skalę i roszczącego sobie znacznie mniejsze ambicje „Hobbita”. 36 lat po wydaniu „Lśnienia” i 33 po premierze jego ekranizacji w reżyserii Stanleya Kubricka, gdy Stephen King postanowił wrócić do historii Dana Torrance’a w „Doktorze Śnie”. „To było pytanie, które sam często sobie zadawałem w związku z tą starą książką – wraz z innym: jak potoczyłyby się losy udręczonego ojca Danny’ego, gdyby odnalazł Anonimowych Alkoholików, zamiast samodzielnie wytrwać w trzeźwości?” – pisał Stephen King. Nie ma powodów, by nie wierzyć, że to nie chęć zysku (autor „Miasteczka Salem” to jeden z najzamożniejszych współczesnych pisarzy na świecie), ale chęć ponownego skonfrontowania się ze znanym czytelnikom bohaterem zaważyła na decyzji napisania „Doktora Snu”.

To mit, że tylko autorzy literatury popularnej bohaterami kolejnych powieści czynią te same postaci. Kłam podobnej teorii zadamy, przypominając choćby o Natanie Zuckermanie, centralnym bohaterze wielu powieści Philipa Rotha, uważanym za literackie alter ego wybitnego pisarza. Przykładów można mnożyć bez liku (cóż począć ze zmieniającym inkarnacje Jakubem – jedynym, niedetronizowalnym bohaterem prozy Brunona Schulza?).

Jerome D. Salinger, dla wielu również autor jednej powieści, czyli legendarnego „Buszującego z zbożu”, do bohatera książki, Holdena Caulfielda, wracał wielokrotnie w licznych tekstach literackich. Co ważne, i autor „Buszującego w zbożu” doczeka się wkrótce publikacji nieznanych powszechnie utworów i na nowo powoła do życia postaci, których imiona i nazwiska wielbicielom literatury mogą się wydać znajome.

A wracając do Harper Lee i tajemniczego manuskryptu, który przez półwiecze czekał w ukryciu – „Go Set a Watchman” to nie żaden napisany naprędce sequel, obliczony na marketingowy sukces. To pierwsza wersja znanej historii, którą wydawca polecił Lee gruntowanie przerobić. Pisarka była przekonana, że manuskrypt jej powieści zaginął. Sama na długie lata o nim zapomniała. W wersji oryginalnej znana z „Zabić drozda” Scout jest dorosłą kobietą, która wraca do rodzinnego Maycomb. Przed laty wydawcy zalecili Lee przepisać powieść, w nowej wersji Scout miała być dzieckiem. A co, jeśli pierwsza wersja powieści okaże się wybitna? Pozostanie żałować lat, które Harper Lee spędziła na niepisaniu.