Low-tech
Michał Olszewski
Wydawnictwo Literackie 2009

____________________________________________

Wyludnione gruzowisko zatopione w ciemności, powietrze ciężkie od wyczuwalnych związków chemicznych. Niedobitki, które przeżyły ekologiczną hekatombę, egzystują na granicy przetrwania – bez światła, bez wody, bez jedzenia. Kres ludzkości, kres świata.

To nie wizje z filmu katastroficznego, ale powtarzający się nieustannie sen bohatera powieści Olszewskiego, niejakiego Cfiszena, trzydziestokilkuletniego architekta „obdarzonego odrobiną samowiedzy”. Owa odrobina samowiedzy nie pozwala mu wieść życia wzorowego konsumenta w mieście K., czyli Krakowie – kołacze się bowiem w Cfiszenie resztka wrażliwości, dzięki której (tak przynajmniej mu się wydaje) widzi więcej – powszechny upadek moralny, zezwierzęcenie, nienawiść. Chciałby jakoś uczestniczyć w dziele naprawy świata. Problem w tym, że jest oportunistą, tchórzem i nie stać go na ryzykowne działania. Do czasu jednak, gdy pozna M-skiego, guru ekologicznych anarchistów, człowieka o poglądach tyleż wyrazistych, ile ekstremalnych, który wyklaruje mu, że jego sen może ziścić się lada dzień. Cfiszen przyłącza się więc do M-skiego i jego grupy, wspiera ich działania, nie jest jednak w stanie definitywnie zdecydować, po której stronie barykady stoi.

Wymowa powieści Olszewskiego oraz jej kulturowe nawiązania są oczywiste. M-ski i jego akolici to uwspółcześniona, mocno umowna wersja Jezusa i apostołów. Cfiszen pełni w tej grupie rolę Judasza. Chłonie nauki M-skiego, a jednocześnie sprzeniewierza się im („Nie możesz być jednocześnie anarchistą i tym, który utrwala system”), projektując nowoczesne, luksusowe domy. W świecie M-skiego luksus jest zabroniony. W świecie M-skiego zabronione bowiem jest niemal wszystko, co stanowi owoc cywilizacyjnego postępu – podstawą egzystencji mają być materiały naturalne, recycling, życie w zgodzie z naturą. Ekologiczna sielanka w systemie low-tech.

Olszewski pokazuje, jak rodzi się groźne sekciarstwo – nauki M-skiego wychodzące od poszanowania istot żyjących wkrótce zaczynają przypominać totalitaryzm. Przeludnienie ziemi? Nie ma sprawy, mówi M-ski – „Nie zabronię dzieci, ale bardziej przydałaby się pandemia”. Tak oto z historii o biblijnych korzeniach rodzi się apokryf a rebours. M-ski nie jest więc Mesjaszem, ponieważ nawołuje do nienawiści, a zamiast miłości i wybaczania proponuje siłę i terror.

Jak zatem wyjść z tego ekologicznego impasu? Chronić naturę, czy chronić życie? Autor nie feruje łatwych ocen, ograniczając się do sceptycznej obserwacji. Być może odpowiednia jest droga, którą obrał Cfiszen, czyli samoświadomość i niewielkie działania profilaktyczne. A może postawa innego bohatera, Ratnicyna, przedsiębiorcy finansującego akcje M-skiego; człowieka, który dla spokoju sumienia na kilka tygodni udaje się do klasztoru o surowej regule, by po opuszczeniu jego murów znów wieść życie współczesnego sybaryty z klasy średniej.

Olszewskiemu udało się, wychodząc od socjologicznego paradoksu nękającego współczesną ludzkość, utkać zręczną fabułę, a przy tym nie popaść w zbytnią reporterskość. Wprawdzie niektóre fragmenty okazują się zbędnymi opisami, niekiedy zaś czujemy, że „Low-tech” zbyt wiele wziął z XIX-wiecznej powieści rosyjskiej, z jej bohaterami rozwlekle spierającymi się o idee, niemniej lekturę tej książki kończy się z poczuciem zaniepokojenia. I o to chyba autorowi chodziło.