Geniusz „Trees Outside the Academy” słychać na pierwszy rzut ucha. Nie chodzi o to, że nowy krążek jest o niebo lepszy od solowego debiutu lidera Sonic Youth „Psychic Hearts” (1995). Jak na płytę rewolucyjną „Academy…” brzmi bowiem zaskakująco klasycznie: wyciszone kompozycje, akustyczne gitary, wiolonczela grająca łzawe melodie na najcieńszych strunach duszy. Mało tego, nawet J Mascis, ikona amerykańskiej alternatywy, gra solówki w stylu lat 70.

Reklama

Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Nie sposób bowiem docenić nowych piosenek Moore’a bez świadomości tego, jakiego gwałtu przez ostatnie 25 lat on i prowadzony przez niego zespół Sonic Youth dopuszczał się na gitarach i wzmacniaczach. Na „Academy…” Moore dostrzegł piękno w klasycznej formie piosenki. Tu i ówdzie zgniótł ją i zmiażdżył, ale po raz pierwszy w karierze nie próbował jej rozbić w puch.

Równocześnie lider Sonic Youth w jednym z wywiadów ostro zaatakował młodzieżowych idoli Aviril Lavigne i Johna Mayera za to, że swoją postawą rozmieniają rockową tradycję na drobne. Równocześnie powiedział, że więcej rocka mają w sobie takie dinozaury jak Yoko Ono, Neil Young i on sam, a potem bezczelnie na swojej nowej płycie nad dziki, gitarowy zgiełk przedłożył… melodię.

Tym, co odróżnia „Academy…” od niskonakładowych eksperymentów lidera Sonic Youth w rodzaju „Black Weeds/White Death” (2007), jest łatwość, z jaką solowe piosenki Moore’a wpadają w ucho. Najlepszy dowód, że podczas sesji do „Academy…” i promującego płytę akustycznego tournée po rozgłośniach radiowych nie spalił się żaden układ scalony. Żadna gitara nie roztrzaskała się w drzazgi. Zresztą podczas wakacyjnego tournée, gdy Sonic Youth prezentował repertuar z albumu „Daydream Nation” (1988), również obyło się bez ofiar.

I choć na „Academy…” wyraźnie słychać podstawowe zagrywki SY, to równocześnie płyta jest drastycznie odmienna od dorobku Sonic Youth. Za sprawą „Trees Outside the Academy” Moore w wieku 49 lat wyrósł na konkurencję dla Toma Petty’ego i Neila Younga.

Gdyby przed wygaśnięciem kontraktu z Geffen Records zespół nagrał równie melodyjną i łatwą w odbiorze płytę jak „Academy…”, koncern stanąłby na rzęsach, aby przedłużyć umowę z zespołem zniechęconym kiepską dystrybucją jego płyt. A że równocześnie z biegiem lat grupa zaczęła się radykalizować, rozdział zamknął znakomity – choć praktycznie wolny od hitów – album „Rather Ripped” (2006). W związku z tym dziś muzycy Sonic Youth sami są sobie sterem, żeglarzem, okrętem.

Z jednej strony negocjują wydanie sygnowanej nazwą zespołu kompilacji kawiarnianych piosenek „Hits Are for Squares” (2008) dla globalnej sieci kawiarni Starbucks, z drugiej zaś Thurston Moore swój solowy krążek wydał nakładem własnej firmy Ecstatic Peace. Płytę zarejestrowano w domowym studiu J Mascisa w Amherst w stanie Massachusetts. W nagraniu oprócz Moore’a, Mascisa, brooklyńskiej skrzypaczki Samary Lubelski i lokalnej wokalistki Christiny Carter wziął udział etatowy perkusista Sonic Youth, Steve Sheley.

Wprawdzie od płyty zdecydowanie odstaje napisana w młodości eksperymentalna kompozycja „Thurston@13”, ale „Academy…” znakomicie zdaje egzamin na dzieło skończone. Nawet mimo tego, że samemu Moore’owi nigdy nie udało się ukończyć studiów na Western Connecticut State University.