Dziennik Gazeta Prawana logo

Bollywood bierze się za niewygodne tematy

30 listopada 2007, 01:01
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
"Nigdy nie mów żegnaj", czyli "Kabhi Alvida naa Kehna" (w skrócie KANK), to najnowsze dzieło jednego z pieszczochów Bollywoodu Karana Johara, autora takich przebojów, jak "Czasem słońce, czasem deszcz" ("Kabhi Khushi Kabhie Gham" - w skrócie K3G) czy "Gdyby jutra nie było" ("Kal Ho Naa Ho" - w skrócie KHNH). O trendach w indyjskiej kinematografii pisze DZIENNIK.

To nie przypadek, że w oryginale wszystkie tytuły rozpoczynają się na literę "K". Po sukcesie jego pierwszego filmu "Kuch Kuch Hota Hai" (K2H2), który nakręcił w 1998 r. w wieku zaledwie 25 lat, osobisty astrolog poradził mu, by kolejnym filmom nadawał tytuły rozpoczynające się od tej właśnie litery. Sukces tego obrazu przyczynił się także do oszałamiającej kariery Shahrukh Khana, który od tej pory gra w każdym kolejnym dziele Johara.

Król Khan, jak tytułują aktora fani, wystąpił oczywiście także w "Nigdy nie mów żegnaj", gdzie wcielił się w rolę nieszczęśliwego w małżeństwie ex-piłkarza, który romansuje z równie nieszczęśliwą Rani Mukherjee. Film podejmuje bowiem dyskurs z baśniową bollywoodzką konwencją, gdzie ślub jest zazwyczaj szczęśliwym zakończeniem i potem już tylko "żyli długo i szczęśliwie".

Johar, który zawsze w swoich filmach wnosił do nieco skostniałego kina indyjskiego rozmaite nowinki stylistyczne i realizacyjne, rzuca tym razem wyzwanie normom obyczajowym i opowiada o małżeńskiej zdradzie. Szczególnie symboliczna jest scena, w której grający ojca zdradzanego męża Amitabh Bachchan, pamiętny pryncypialny ojciec z "Czasem słońce, czasem deszcz", stojący tam na straży kastowego podziału i moralnej czystości, w KANK udziela oficjalnego namaszczenia zdradzieckiej synowej. Jest to niewątpliwie spory wyłom w ideologicznych podstawach Bollywoodu.

Jednak trzeba powiedzieć jasno, że KANK nie jest filmem udanym. Łzawy sentymentalizm i tania mistyka zwyczajnie nudzą, a wystawna realizacja i nowojorskie plany zdjęciowe nie robią specjalnego wrażenie na zachodnim widzu. Okazuje się, że tego typu filmy z bollywoodzkiej nowej fali, gdzie w miejsce radosnej i kolorowej masali oraz prostych krzepiących historii twórcy proponują coraz bardziej ekstrawaganckie pomysły wzorowane na kinematografiach zachodnich, przestają się też podobać widzom w Indiach. Z tegorocznych blockbusterów większość zrobiła spektakularne klapy, a kolejni aktorzy buntują się i odmawiają brania udziału w obyczajowo wyzwolonych scenach. Czyżbyśmy byli świadkami kryzysu największej światowej kinematografii?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj