Dziennik Gazeta Prawana logo

Małe arcydzieło współczesnej eseistyki

17 stycznia 2010, 10:50
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Małe arcydzieło współczesnej eseistyki
Inne
„Pielgrzym nad Tinker Creek” to małe arcydzieło współczesnej eseistyki, biorące swój początek w XX-wiecznym zwątpieniu w podporządkowany człowiekowi ład świata.




Młoda literaturoznawczyni i początkująca pisarka, 26-letnia wówczas Annie Dillard, w 1971 przeszła niemal śmiertelne zapalenie płuc. Dochodziła do zdrowia w wiejskim domu w stanie Virginia, w górach Blue Ridge. Tam też, nad strumieniem Tinker Creek, zaczęła robić notatki do książki, która stała się jednym z najgłośniejszych amerykańskich esejów XX wieku.

Trudno zresztą właściwie powiedzieć, jaki gatunek literacki reprezentuje „Pielgrzym nad Tinker Creek” – to po części istotnie esej, ale też traktat teologiczny, wielkiej urody samotnicza medytacja filozoficzna, a przy okazji również opowieść o przyrodzie Appalachów, rozpisana na cztery pory roku drobiazgowa, niekiedy gorączkowa i pełna pasji, obserwacja piękna i okrucieństwa natury.

Analogia z „Waldenem” Henry'ego Davida Thoreau jest tu oczywiście jak najbardziej na miejscu – Dillard pisała, nawiasem mówiąc, pracę dyplomową z tego kultowego, zwłaszcza w Ameryce, XIX-wiecznego manifestu wolności, niezależności i duchowych poszukiwań. I choć inspiracja „Pielgrzyma…” wydaje się klarowna, pytania, które młoda pisarka musiała sobie w swojej samotni zadać na przełomie trzeciej i czwartej ćwiartki XX stulecia, musiały siłą rzeczy brzmieć już inaczej: widziana przez pryzmat epoki, książka Dillard przez swój solipsyzm i eskapizm doskonale wpisuje się w czasy kontrkulturowej rewolucji, a jednocześnie – i w sumie na szczęście, bunt bowiem starzeje się najszybciej – pozostaje wolna od mętnej ideologii new age.

Niech was zatem nie zmylą opisy ptasich gniazd, pajęczych sieci i obyczajów godowych żuków: nie ma tu nic z pensjonarskiej afektacji, nie ma też nic z irytującej maniery pedagogicznej. Z zachwytu (i przerażenia) przyrodą rodzą się dla Dillard najważniejsze refleksje dotyczące samego sedna naszego istnienia w świecie. Tak jak w polskiej literaturze Jarosław Marek Rymkiewicz, opowiadając o ogrodzie w Milanówku, pisze o śmierci i przemijaniu, tak Dillard znad brzegów strumienia Tinker Creek z młodzieńczą werwą i niespodziewaną dojrzałością kreuje szczególnego rodzaju teodyceę.

Czy natura sytuuje się poza dobrem i złem? Czy Bóg – wbrew temu, co się zdawało Einsteinowi – jednak gra w kości? Świetna książka, nie bez przyczyny otrzymała w 1975 roku nagrodę Pulitzera.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj