Warto zapytać, czy w Berlinie w ogóle tkwi jakaś magia, skoro Rudiš akcję debiutanckiej powieści umieścił w kolejowych podziemiach U-Bahnu, obskurnych robotniczych knajpach, skromnych mieszkaniach we wschodnioberlińskich blokowiskach. Większości Polaków metropolia nad Szprewą kojarzy się z wąsikiem à la Führer, polską i sowiecką flagą na Bramie Brandenburskiej oraz modnymi w latach 70. zakupami w okolicach Alexanderplatz (do NRD można było wyjechać na dowód osobisty).

Reklama

Tymczasem współczesny Berlin jest już zupełnie innym miastem - zagadkowym, wartym odkrycia na nowo, przyciągającym ludzi z całego świata. Wabi ich unikalne połączenie różnorodności, kosmopolityzmu, dramatycznej przeszłości oraz słabości berlińczyków do wszelkiego rodzaju undergroundu. Nie ma tu zabytków, ale jest szczególna atmosfera. Poza tym nigdzie indziej w Niemczech, może poza Hamburgiem, mieszkańcy z takim przekonaniem nie przechodzą przez ulicę na czerwonym świetle.

Historia, którą opowiada Rudiš, ma w sobie jednocześnie coś rozbrajająco młodzieńczego i zastanawiająco dojrzałego. Główny bohater, 30-letni nauczyciel, ucieka z Pragi, porzucając pracę i rodzinę, by w wagonach metra grywać piosenki Dylana i Beatlesów, założyć punkową kapelę, kochać się z pewną blondynką i popijać piwo w kolejarskich bufetach. To opowieść wedle najlepszych beatnickich wzorów.

Jednak nie chodzi tu o epatowanie buntowniczym życiorysem. Wariacka wyprawa młodego Czecha stanowi dla pisarza ledwie pretekst do uważnej obserwacji i słuchania bliźnich. Sama fabuła jest raczej wątła - istotniejsze zdaje się snucie nostalgicznych anegdot, budowanie absurdalnych sytuacji i utkane z ludzkich wspomnień poczucie humoru rodem z książek Hrabala.

Rudiš nie bawi się w złożoną analizę psychologiczną (dla przykładu, nie wiemy do końca, dlaczego główny bohater decyduje się na dramatyczną ucieczkę), interesują go lekką kreską szkicowane portrety - niektóre naprawdę błyskotliwe.

Weźmy takiego Pancho Dirka, sfrustrowanego rockmana seksoholika, który próbuje podrywać dziewczęta na ogłoszenia prasowe o treści: "Wypieczony, niemiecki befsztyk oferuje kolację ze śniadaniem pikantnej szprotce po czesku, rosyjsku lub po polsku".

Nie przypadkiem Rudiš umieszcza akcję książki przeważnie w podziemiach metra. Jeśli spojrzeć na Berlin jak na żywy organizm, sieć metra i szybkiej kolei byłaby jego krwiobiegiem. Tu skupia się niczym w soczewce wszystko, co piękne i wszystko, co wstydliwe. Oczywiście, U-Bahn można potraktować też jako mitologiczną metaforę podziemnego świata zamieszkanego przez osoby niekoniecznie żywe. Ale w powieści nie ma natrętnej metafizyki.

Nawet obecny tu i ówdzie duch pewnego samobójcy jest swojski, przyjazny i potrzebuje tylko na równych prawach opowiedzieć swoją historię. Dawno nie czytałem równie bezpretensjonalnej książki. Nie zniszczą mi tej przyjemności nawet błędy w tłumaczeniu i pomyłki redakcyjne, których, jak na tak krótki utwór, jest niestety stanowczo zbyt wiele.