Czy życie pisarza po otrzymaniu Międzynarodowego Bookera jest takie samo? Czy ta nagroda stanowi dla Pani jakąkolwiek cezurę?

Olga Tokarczuk: Ta nagroda ma dla mnie znaczenie. Czuję się trochę tak, jakbym dostała nowe życie w grze komputerowej. Wchodzę na inny poziom rozgrywek. Teraz mam profesjonalnego agenta, zajęła się mną wielka agencja literacka. Zrobiono porządek w tym wszystkim, co napisałam, co zostało przetłumaczone. Booker spowodował większe zainteresowanie moimi książkami. Otwarcie na świat też jest ewidentne i znaczące dla mnie. Natomiast prywatnie nie widzę specjalnych różnic. Nic dramatycznego się nie zdarzyło. Ale jestem bardzo szczęśliwa, zwłaszcza że "Bieguni" to stara książka. Właściwie już o niej zapomniałam. Myślałam, że to dla mnie już zamknięty etap, a ona jednak wróciła, również w Polsce, w nowym wydaniu. Widzę, że ci czytelnicy, którzy ją przegapili lub jej nie doczytali, teraz wracają do niej z większym namysłem.

Można traktować ją jako powtórny debiut – na szerszych wodach, poza Polską?

Oczywiście. Do tej pory wydano po angielsku moje dwie książki i one jakoś zaznaczyły się na rynku, ale dzisiaj znajomi, podróżując po świecie, przysyłają mi zdjęcia ludzi, którzy czytają tych anglojęzycznych "Biegunów" w charakterystycznej okładce w różnych śmiesznych miejscach: a to w Reykjaviku, a to w londyńskim metrze, a to na egzotycznej plaży. To pokazuje, że książka zaczęła żyć całkiem nowym życiem.

Wie Pani już, jaka książka będzie następna na rynku międzynarodowym?

W moim przypadku całkowicie zaburzony został porządek chronologiczny pojawiania się tych powieści. Polski czytelnik zna mnie bardziej z "Ksiąg Jakubowych" i czasem wraca do starszych utworów. A tam, w Wielkiej Brytanii, jestem przede wszystkim autorką "Biegunów", a teraz czytelnicy anglojęzyczni czekają na "Księgi Jakubowe". Jednocześnie za chwilę pojawi się „Prowadź swój pług przez kości umarłych” w tłumaczeniu Antonii Lloyd-Jones. Zrobił się z tym bałagan. I przyznam, że spośród wszystkich trudnych rzeczy związanych z nagrodą Bookera ta jest najbardziej obciążająca. "Bieguni" zostali napisani 12 lat temu i dziś widzę ich z innej perspektywy. Każda z mych powieści jest inna, co stanowi nie tylko wyzwanie, ale też potęguje przyjemność pisania. Zawsze chcę zmierzyć się z nowym gatunkiem, nową perspektywą. Jestem bardzo ciekawa, jak "Księgi Jakubowe" będą czytane za granicą. Ta książka jest już w kilku językach, ale to najważniejsze wejście - na rynek francuski - nastąpi jesienią. Mam wiele wątpliwości, czy ta, tak mocno osadzona w polskim języku i w naszym kręgu kulturowym, książka będzie czytelna gdzie indziej? Czy czytelników z Anglii albo Francji zainteresuje, co się działo w XVIII w. gdzieś na polskiej prowincji? Czy nasze stosunki z Żydami będą dla nich zrozumiałe?

"Bieguni" są za granicą odczytywani inaczej niż w Polsce?

Mam kilka spotkań autorskich za sobą i wydaje mi się, że ta książka inaczej błyszczy w świetle uwagi zachodniego czytelnika, ujawnia nowe konteksty. Czytam o tym w recenzjach "Biegunów". Stwierdzam z żalem, że one są niezwykle dogłębne.

Stwierdza to Pani z żalem?

Tak, bo w Polsce mamy kłopot z recenzjami. Niedawno zdałam sobie z tego sprawę. Piszę książki od ponad 20 lat i mam wrażenie, że w tym czasie poziom recenzji się obniżył. Autorzy przedstawiają książkę, ale brakuje tekstów idących głębiej, szukających innych znaczeń, kontekstów dla dzieła literackiego. Za granicą recenzje są dużo bardziej różnorodne, za każdym razem dostaję dzięki nim nową wersję tej książki. Ona jest dla mnie stara i trochę zapomniana, więc bardzo mnie to cieszy i sama się z nich uczę.

Odbierając Bookera, powiedziała Pani, że nie wierzy w literaturę narodową. Pani słowa odbiły się potem echem w Europie.

My, pisarze, mamy przywilej mówienia rzeczy oczywistych, które zostały zapomniane albo nie poddane refleksji. Wypowiadamy oczywiste zdania o tym, że literatura jest czymś starszym niż pojęcie narodu i myślenie w tych kategoriach. Wydaje mi się, że literatura została wymyślona dla komunikacji międzyludzkiej: uniwersalnej, ale bardzo podstawowej. Ludzie muszą się ze sobą komunikować na poziomach głębszych niż "sprzedać - kupić". Literatura służy komunikacji, a ta jest oparta na empatii, na szukaniu podobieństw, odszukiwaniu brzmienia wspólnoty. Jeżeli założymy, że literatura wzięła się z opowieści przy ogniskach, z prób nazwania wspólnego doświadczenia, to tam są właśnie jej źródła i ona wciąż tak funkcjonuje. Dlatego obarczanie literatury wielorakimi "misjami", rolą "tworzenia tożsamości narodowej" albo "tożsamości grup" wydaje mi się nieuprawnionym, instrumentalnym jej traktowaniem, a także obcinaniem jej wszystkich nie do końca uświadomionych możliwości. Literatura posługuje się językiem, jednak jej najważniejszą materią są pojęcia i obrazy. Motorem, który napędza i rozwija literaturę, jest porozumienie na bazie współodczuwania. Jeżeli ludzie nie mogliby współodczuwać, nie rozumieliby swoich doświadczeń, rozpadliby się na małe, zwalczające się plemiona. Nie rozumielibyśmy wielkich powieści, np. "Anny Kareniny" Lwa Tołstoja, którą uważam za wzorzec uniwersalnego dzieła. Jeżeli możemy dzisiaj czytać Dostojewskiego, Tołstoja, Kafkę i cały czas przechodzi nas dreszcz, to znaczy, że literatura działa na bardzo głębokich poziomach psychologicznych. Chciałabym tak pisać i tak czytać, żeby to trwało.

W kwietniu ukazał się zbiór "Opowiadania bizarne". Przyznała Pani, że w nim eksperymentuje. Tak traktuje Pani tę formę: jako ćwiczenia przed powieścią?

Nie, absolutnie nie. Wydaje mi się, że opowiadanie ma potężny ciężar gatunkowy. To forma niezwykle trudna, niewielu pisarzy się w niej dobrze czuje, bo jest wymagająca zarówno technicznie, jak i koncepcyjnie. Zawsze zostawiam sobie najlepsze pomysły na opowiadania. Pisanie powieści wciąga absolutnie, nie można wtedy o niczym innym myśleć. Kiedy więc piszę powieść, zbieram pomysły "na potem": smaczki, perełki, które rozwijam w opowiadania. Tak było i tym razem. Niektóre z tych opowiadań jako inspiracja, pomysł, idea rodziły się na etapie "Ksiąg Jakubowych". I to widać choćby w tekście "Zielone dzieci", pisanym energią "Ksiąg...": archaizowany język, przeszłość dobrze uchwycona historycznie. Inne opowiadania już idą w swoją stronę. Nie wiem, do czego mnie to prowadzi. Może do nowej powieści?

Opowiadania – jako forma literacka – są dziś coraz bardziej doceniane.

To jest niezwykle pojemna forma. Czytelnik się zmienił. Dziś już nie każdy może sobie pozwolić na długą powieść. Na to trzeba mieć czas. Rozmawiałam z czytelnikami, którzy przyznawali, że czasami gubią się w "Księgach Jakubowych", bo nie mają na nie czasu. Mówią, że do tego jest potrzebny długi urlop, emerytura, żeby mieć miesiąc na czytanie i powolne zgłębianie tekstu. Jednak wydaje mi się, że czytelnik "Biegunów" to także czytelnik opowiadań. To są małe, zwarte formy bardzo często na końcu puentowane. Wiem, jak doskonały to gatunek, jak bardzo jest psychologicznie dopasowany do naszego przeżywania czasu. Być może rzeczywiście jest to gatunek przyszłości. Będzie domagał się większej uwagi od recenzentów i ludzie przestaną go traktować jako wprawki. Bo to coś więcej niż wprawki.

„Zgubiona dusza” to książka, którą stworzyła Pani wraz z ilustratorką Joanną Concejo. Tekstu jest niewiele, dopełniają go obrazy Concejo. Skąd wziął się Wasz duet ilustratorsko-pisarski?

Szukałam kiedyś ilustratorów, ponieważ zawsze marzyłam, żeby napisać książkę dla dzieci. Myślę wizualnie, więc lubię ilustracje, obrazy i obrazki. Interesuje mnie, co błyszczy na powierzchni kartki. W końcu trafiłam na Joannę Concejo i Iwonę Chmielewską. Zachwyciłam się tymi naszymi "skarbami narodowymi". Obie uważam za niezwykłe obserwatorki detalu w naszej rzeczywistości, umiejące podróżować w czasie za pomocą rysunku. Kiedy Joanna Concejo zgodziła się na współpracę, byłam uszczęśliwiona. Pierwszy raz miałam możliwość pracować z tak wspaniałą rysowniczką. Joanna pokazała w tej książeczce, że rola ilustracji nie jest służebna. Ona tworzy niezależną, własną opowieść na kanwie tekstu literackiego. Często poza niego wykracza. Uważam, że genialnym pomysłem było przeniesienie tej historii w przeszłość. Mówimy, że to książka dla dzieci, jednak nie jestem pewna, czy mały czytelnik rozumie szczegóły zawarte w tych obrazach. Dla mnie to książka o desperackim szukaniu sensu, spokoju, refleksji w świecie. Nasze pokolenie wraca do czasów dzieciństwa. W czas, kiedy świat wydawał się możliwy do ogarnięcia, dawał się zamknąć w porządku opowieści. Dzięki temu był zrozumiały i bezpieczny. Concejo to wykorzystuje i tam nas zabiera. Te wszystkie odbiorniki radiowe, serwetki robione na szydełku, rośliny doniczkowe, pamiętane z parapetów naszych babć. Dziś już niewielu ma takie rośliny i przywiązuje wagę do fikusów, filodendronów, które zniknęły z naszej przestrzeni.

Na tegorocznym festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie przyznano po raz pierwszy Nagrodę Wielkiego Redaktora. Dostała ją Marianna Sokołowska. Wiem, że panie razem pracowały. Na czym polega relacja między pisarzem a redaktorem?

Najlepiej porównać to do związku rodzącej kobiety z położną. Jest taki rodzaj wdzięczności, który pojawia się po porodzie, kiedy druga kobieta pomaga w czymś, co jest niepowtarzalne. Tego nie da się opisać. Redaktor dostaje często surowy, pozbawiony dystansu tekst. Musi go ogarnąć, pokazać, jak będzie funkcjonował niezależnie, poza światem pisarza. Marianna Sokołowska pracowała ze mną przy książce "Prawiek i inne czasy". Byłam wtedy młodziutką dziewczyną, nie miałam pojęcia o wielu sprawach. Zawsze podchodziłam do literatury jako czytelniczka. Nic nie wiedziałam o tajemnicach języka, więc połączyła nas także relacja uczennica – nauczycielka.

Zatem nie traktuje pani działań redaktorskich jako ingerencji w pracę ani ograniczenia wolności artystycznej?

W najmniejszym stopniu tak tego nie odbieram. Myślę o tej współpracy jako opiece nad moim tekstem. Oczywiście, są w tekście rzeczy, za które oddam życie i nie pozwolę ich usunąć. Jednak jest tam także wiele elementów nieważnych, powstających z braku refleksji. Redaktor pomaga mi je zauważyć. Należę do autorów, którzy nie przywiązują się do nieistotnych części tekstu. Nie przywiązuję się także do języka. To tylko narzędzie, które pomaga mi przenieść określony system idei i obrazów w słowo pisane. Chyba jestem wyjątkiem w tej kwestii. Ja nie pracuję w języku, ale w obrazie i idei.

Rozmawiała Aldona Łaniewska-Wołłk/PAP