Niewiele pamiętam z wczesnego dzieciństwa, ale jedno utkwiło mi w głowie - przeglądana z nabożną czcią książka"Brzechwa dzieciom", na której właściwie uczyłem się czytać. Bajki Brzechwy zapadły mi w pamięć jako urokliwe ramotki, pasujące do mojego prywatnego świata jak melonik z ilustracji Szancera do rzeczywistości wczesnych lat 80. Owszem, entuzjazmowałem się przygodami Lisa Witalisa, ale czułem podskórnie, że wolałbym czytać o jeździe na rowerze, mundialu czy śmierci mojego chomika. Tym bardziej zazdroszczę dzisiejszym kilkulatkom, że mogą sięgnąć po niezliczoną ilość książek, które współczesnym językiem opowiadają o tym, co jest rzeczywiście bliskie młodemu czytelnikowi.

Reklama

Spośród setek książek dla dzieci"Bajki dla Idy" Mikołaja Łozińskiego wydają się pozycją szczególną, jako że autorowi"Reisefieber" udało się połączyć klasyczną formułę bajek zwierzęcych z tematami nie tylko współczesnymi, ale również poważnymi. Najczęściej bowiem próby zwrócenia uwagi dziecka na niełatwe problemy grzęzną w bełkotliwym psychologizowaniu i odstręczają mentorskim tonem. Lub odwrotnie - irytują natrętną błazenadą i zbędnymi infantylizmami.

Łoziński natomiast w pięciu krótkich opowieściach mówi o kwestiach wolności, odpowiedzialności, odwagi i umiejętności podejmowania ważnych decyzji w sposób tak naturalny i bezpretensjonalny, że nawet dorosły czytelnik łapie się na kibicowaniu bakterii w jej drodze ku lepszemu światu.

Ostatecznie jednak to książka dla maluchów, więc jej siłę oddziaływania sprawdziłem na siedmioletniej chrześnicy. Kiedy już zdążyła pozachwycać się rysunkami (świetne ilustracje Ewy Stiasny), co chwila wybuchała śmiechem podczas czytania bajki o muszce (by zaraz drżeć o los jej rodziców), wzruszała się losem żółwia Karola i niemal popłakała się nad historią o porzuconym psie. I cieszyła się, że wszystko skończyło się szczęśliwie. A przecież właśnie tego wymagamy od bajek, nieprawdaż?

Bajki dla Idy

Mikołaj Łoziński, ilustr. Ewa Stiasny, Znak 2008