Dziennik Gazeta Prawana logo

Wypad na hamburgery, plantacja marihuany i wieczna ucieczka. 40 lat po Noblu dla Miłosza

10 grudnia 2020, 09:38
Ten tekst przeczytasz w 11 minut
Czesław Miłosz
<p>Czesław Miłosz</p>/PAP Archiwalny
"Ta korona spada mi na uszy, za duża.." - tak Czesław Miłosz opisał swoje położenie po odebraniu 40 lat temu, 10 grudnia 1980 roku, literackiego Nobla. Poetę męczyła nie tylko nagła popularność, ale przede wszystkim próby czynienia z niego autorytetu moralnego i wcielania do pocztu polskich wieszczów.

Pod koniec lat 70. Czesław Miłosz zaaklimatyzował się w Kalifornii, gdzie w 1960 roku przyjechał na zaproszenie Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Kupił nawet dom na Grizzly Peak nad zatoką San Francisco. Mimo to poeta przeżywał wtedy jeden z najtrudniejszych okresów swego życia. Kilka lat wcześniej choroba przykuła do łóżka jego żonę, Janinę, do dolegliwości fizycznych doszła depresja, chora bała się zostać sama w domu, wymagała nieustannej opieki. "" - pisał Miłosz w "". Poeta pracował wtedy nad przekładami Biblii i widział samego siebie jako Hioba - samotnego, opuszczonego starca, na którego spadają wszystkie klęski - zwłaszcza gdy u młodszego syna, Piotra, ujawniła się choroba psychiczna.

Jednocześnie koniec lat 70. przyniósł Miłoszowi - dotąd znanemu za Zachodzie przede wszystkim jako tłumacz wierszy Zbigniewa Herberta i Aleksandra Wata - ważne nagrody i uznanie jego własnej twórczości. Pierwszy tom zbioru poezji Miłosza "" w tłumaczeniu Petera Scotta ukazał się dopiero w 1974 roku. Przełomem stała się prestiżowa nagroda Neustadt, zwana małym Noblem, którą otrzymał w 1978 roku za tom "". W październiku 1979 roku Miłosz już wiedział, że spełniają się - zdawałoby się zupełnie fantastyczne - nadzieje jego żony, że jest bardzo bliski otrzymania Nagrody Nobla. W liście do Józefa Sadzika zwierzył się, o co się modli - niech Nobel go ominie byle "". Po latach przyznał, że nie został wtedy wysłuchany.

Obudził szwedzki dziennikarz

9 października 1980 roku poeta obudzony został o czwartej nad ranem przez szwedzkiego dziennikarza, który dzwonił z wiadomością o przyznaniu mu Nobla. "" - powiedział Miłosz i wrócił do łóżka. Rankiem nie mógł już jednak ignorować faktów - dziennikarze kłębili się w ogrodzie domu. Na zorganizowanej przez jego wydział konferencji prasowej Miłosz, proszony o jakikolwiek komentarz polityczny ironizował, że "", a 200 tys. dolarów nagrody przeznaczy na zakup farmy i założenie tam plantacji marihuany. Potem oddalił się do sali wykładowej na zajęcia z Dostojewskiego, co było pierwszą z niezliczonych ucieczek noblisty przed popularnością medialną. Jak pisał reporter lokalnej gazety, berkleyski kampus "" z Miłosza, choć "".

Sam Miłosz po latach tak opisywał tę chwilę w ": "".

Po przyznaniu Miłoszowi Nobla dziennikarze i krytycy literaccy dyskutowali nad politycznymi uwarunkowaniami tej nagrody. Trudno było uznać za przypadek, że otrzymał ją polski emigracyjny poeta w roku utworzenia Solidarności. W 1980 roku tak często zarzucano Akademii kierowanie się w swoich wyborach pozaliterackimi względami, że akademicy pierwszy raz zrezygnowali z tradycyjnej dyskrecji. Ujawnili, że nazwisko Miłosza od czterech lat pojawiało się na listach kandydatów do nagrody, a decyzję podjęto przed Wydarzeniami Sierpniowymi. Potwierdza to kwerenda w archiwach SB - działania zmierzające do "" podjęto już na początku sierpnia 1980 roku.

Do Sztokholmu Miłosz, wraz z synem Antonim, dotarli 5 grudnia. Towarzyszyli im brat poety Andrzej z żoną Grażyną Strumiłło-Miłosz, Jerzy Giedroyc, Stefan Kisielewski, tłumaczka Jane Zielonko, Stanisław Barańczak i Mirosław Chojecki jako wydawca Miłosza w nielegalnym obiegu w komunistycznej Polsce. Trzy dni później Miłosz wygłosił wykład noblowski. Ambasada ZSRR oceniła go bardzo krytycznie ze względu na nieukrywaną wrogość pisarza wobec komunizmu, a także nawiązanie noblisty do "" czyli ówczesnych republik litewskiej, łotewskiej i estońskiej. Nie podobało się też przywołanie przez poetę paktu Ribbentrop - Mołotow, Katynia i Powstania Warszawskiego.

Po wykładzie noblowskim na hamburgery

Po wykładzie, jak wspominał w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" badacz literatury Aleksander Fiut, "spotkaliśmy się przy wyjściu, był z całą rodziną. Powiedział nagle: " - wspominał Fiut, zdradzając, że poeta po wykładzie noblowskim zamówił big maca.

10 grudnia wręczono nagrodę. Fiut wspominał: "".

Po uroczystości w sztokholmskiej Filharmonii odbył się tradycyjny bankiet noblowski w Ratuszu, gdzie przemawiali laureaci. Czesław Miłosz zabrał głos jako pierwszy. "" - mówił poeta. W przemówieniu noblowskim Miłosz powiedział też: "Jest to rodzaj tajnego bractwa, mającego własne obrzędy obcowania z umarłymi". Po przyjęciu noblowskim powstało jedno z najsłynniejszych zdjęć Miłosza, na którym razem ze Stefanem Kisielewskim robią przerażające, wampiryczne miny.

W Polsce wiedziano mało

W tamtym okresie w Polsce mało wiedziano o Miłoszu - poza kręgami literackimi obejmującymi jego przyjaciół, kilkoma wielbicielami, a także czytelnikami tzw. drugiego obiegu. Ostatnim jego tomem, który się ukazał w Polsce po wojnie, w 1945 roku, było "Ocalenie", trochę wierszy ukazało się na łamach prasy, w "Twórczości" ukazał się "Traktat moralny". Gdy poeta wybrał los emigranta, wydawany był tylko w drugim obiegu, co zmieniło się po Noblu. Znak wydał poemat „Gdzie słońce wschodzi i kędy zapada", Czytelnik i PIW opublikowały wybory wierszy. Po stanie wojennym nadal ukazywały się wcześniej przygotowane przez wydawców książki Miłosza (np. trzy tomy "Wierszy" w Wydawnictwie Literackim), jednak w prasie jego nazwisko przestało się pojawiać, a poeta swoje przekłady w "Tygodniku Powszechnym" podpisywał jako Adrian Zieliński.

Ale powrót Miłosza do kraju w czerwcu 1981 roku był triumfalny - witały go tłumy, lubelski KUL-u przyznał mu doktorat honoris causa, w Gdańsku spotkał się z Lechem Wałęsą i stoczniowcami. Czesław Miłosz stał się liderem duchowym wbrew swojej woli, bo nie bardzo się odnajdował w tej roli. Jeszcze przed Noblem w liście do Jana Błońskiego, który zapewniał go w 1975 roku, że jest w kraju znany i ceniony pisał: "jeżeli mam taki mir w Polsce, to przecie muszę zapytywać siebie, dlaczego tak jest, tj. ile w tym nieporozumień maskowanych przez dystans. Bo też nie wiem jak działają dziedziczne mity (...) czy też zbiorowy instynkt bez ustanku szukający postaci do narodowego spożycia, a wśród dzisiejszych literatów w Polsce niewielu się do spożycia nadaje".

Podczas wizyty w Polsce poeta jednak cieszył się honorami i wyrazami uznania od czytelników, zaakceptował nawet wprowadzenie na rynek cukierków o nazwie "miłoszki", choć już anonimowa ulotka przedstawiająca go jako element polskiej trójcy: miłość obok wiary (Jan Paweł II) i nadziei (Lech Wałęsa) wzbudziła jego niepokój. Miłosz, dążący do intelektualnej i artystycznej suwerenności, daleki od chęci podporządkowywania się zbiorowym emocjom, miał odczucia bardzo złożone. "Witano go jak Wieszcza i oczekiwano po jego wizycie tego samego, co po wizycie Jana Pawła II: ciągłej obecności wśród wiernych" - pisała Elżbieta Morawiec w "Życiu Literackim". "Gdy mamy Wojtyłę, Wałęsę i Miłosza powinniśmy się wyprostować psychicznie" - oceniał Jan Turnau w "Więzi". Tymczasem poeta bywał zmęczony zainteresowaniem, zwłaszcza dziennikarzy. "Boże, jak ja nie lubię, jak o mnie piszą" - tak rozpoczynał większość rozmów z nimi. Już podczas pobytu w Polsce poeta zaczął się też bronić przed wynoszeniem go na piedestał poety katolickiego i narodowego, w pamięci wielu zapisał się jako "wyniosły i niesympatyczny". "Naprawdę, nie nadaję się na promotora polskiego nacjonalizmu, a na to się kroi. Tym, co piszą do mnie listy i zbierają moje autografy, nawet do głowy nie przychodzi, że ktoś może być czymś innym niż Polak i katolik" - pisał do Giedroycia w styczniu 1981 roku, dodając, że jego zdaniem Polska znowu wchodzi "we władzę dzikiego nacjonalizmu i mesjanizmu". Świadkowie wizyty z czerwca 1981 r. zapamiętali Miłosza, jako człowieka niechętnego wypowiedziom o charakterze politycznym, spiętego i zamkniętego w sobie.

Andrzej Franaszek, biograf poety uważa, że "siłę symbolu ma zdanie wypowiedziane przez Miłosza podczas spotkania z Lechem Wałęsą, zdanie mówiące mnóstwo i o czasie +Solidarnościowego+ uniesienia, i o osobowości poety: +Ta korona spada mi na uszy, za duża+..."

autor: Agata Szwedowicz/PAP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło PAP
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj