W nagrodzonej w zeszłym roku Bookerem, wybitnej powieści „Shuggie Bain” Douglasa Stuarta (przeł. Krzysztof Cieślik, Wyd. Poznańskie 2021) na pierwszym planie mamy historię walczącej z nałogiem alkoholowym matki oraz jej dzieci, zmuszonych do odgrywania ról dorosłych, odpowiedzialnych opiekunów osoby uzależnionej. Ale bohaterem drugoplanowym jest tu szkockie miasto, Glasgow, a ściślej – jego przedmieścia: blokowiska i górnicze osiedla. W powieści Stuarta, której akcja rozpoczyna się we wczesnych latach 80. zeszłego wieku, robotnicze Glasgow właśnie próbuje otrząsnąć się z pierwszego szoku po wolnorynkowych reformach Margaret Thatcher – w krótkim czasie wyprodukowały one na Wyspach ponad milion bezrobotnych. Zza kierownicy swojej taksówki jeden z bohaterów „Shuggiego Baina” dostrzega jednak więcej: „Shug wcisnął pedał gazu. Miasto się zmieniało; poznawał to po twarzach. Glasgow traciło cel – wyraźnie to widział zza szyby. Odczuwał to też po swoim utargu. Słyszał, jak mówią, że Thatcher nie chce już prostych robotników; przyszłością była dla niej technologia, energia jądrowa i prywatna opieka zdrowotna”.
Reklama
Symbolem tej transformacji staje się w powieści lśniący, nowoczesny pociąg, który przejeżdża nieopodal zdegradowanego osiedla górników, lecz nie ma tam przystanku. Lokalna młodzież wyładowuje na nim złość. „Rzucali butelkami pełnymi szczyn w okna, a gdy maszynista odpalał wściekłą syrenę, czuli, że świat ich dostrzega, że naprawdę żyją. Od czasu zamknięcia kopalni zaczęli kłaść na torach gałęzie, grube brązowe konary, po których musieli skakać, żeby odłamać je od obumierających drzew. Gdy okazało się, że pociągi bez trudu je gruchoczą, zostawiali kamienie, a potem czerwone cegły. Niewiele starszy od Shuggiego chłopiec stracił oko od skrzącego się w locie odłamka. Więc potem uzbrojeni w puszki z benzyną do zapalniczek, którą mieli wąchać, zaczęli podpalać sitowie. Leek widział, jak brązowe bagno po obu stronach torów staje w płomieniach. Mimo to glasgowskie pociągi nie chciały się zatrzymać”.
Nawiasem mówiąc, w Polsce po 1989 r. wynaleziono sposób obejścia podobnych konfliktów: linie kolejowe po prostu likwidowano.

Egzamin z survivalu

Przywołałem „Shuggiego Baina” (oraz, za jego pośrednictwem, całą tradycję brytyjskich dzieł literatury i filmu, które bez paternalizmu potrafią opowiadać o traumatycznych przygodach i przemianach swoich społeczeństw), bo czytałem tę książkę w zasadzie równolegle z „Zapaścią” Marka Szymaniaka. Książka Szymaniaka nosi podtytuł „Reportaże z mniejszych miast”, jest to kawał przyzwoicie wykonanej dziennikarskiej roboty, której źródła leżą – jak się zdaje – w pragnieniu, by zarazem zaspokoić ciekawość i zmusić wielkomiejskiego czytelnika do zmiany perspektywy. Szymaniak zna się na patologiach polskiego rynku pracy (tym zagadnieniom poświęcony był jego reporterski debiut, „Urobieni” z 2018 r.) i kwestie pracy – bądź jej braku – są kluczowe także w „Zapaści”, niemniej kontekst jest tu szerszy. Szymaniak zaczyna od badań prof. Przemysława Śleszyńskiego z PAN, dotyczących miast średniej wielkości, które tracą funkcje społeczno-gospodarcze – w zakres tych badań wchodziła zarówno typologia miast ogarniętych kryzysem rozwojowym, jak i postulaty deglomeracyjne (zakładające odejście od polityki wspierającej przede wszystkim metropolie). Pomysł reportera był prosty: pojechać do „miast zapaści”, tych, które tracą mieszkańców, starzeją się, cierpią z powodu nędznej oferty pracy i niskich płac – m.in. do Prudnika, Hajnówki, Bartoszyc, Kętrzyna czy Kraśnika – i po prostu pogadać z ludźmi.
Wszystkie te miasta w jakimś sensie przypominają robotnicze przedmieścia Glasgow opisane przez Stuarta – tylko w parę dekad później.