"Bana nana" (oficjalny tytuł to "Bananowa piosenka") , czy "Lisek łakomczuszek" to tylko dwa z licznych hitów "Śpiewających Brzdąców", które śpiewa i ogląda prawie całą Polska. Zarówno ta mała, jak i ta która posiada dzieci. Czujesz dumę, gdy widzisz, ilu fanów ma ta seria?

Reklama

Duma to za mocno powiedziane, bo teledysk to jednak praca zbiorowa. Jest tak dobry, jak dobra jest jego warstwa muzyczna. To ona tworzy bazę, fundament, na którym ja potem buduję moje animacje. Ale tak, pewna satysfakcja jest. Kiedy "Lisek Łakomczuszek" dorobił się poczwórnej platynowej płyty dostałem nawet własny egzemplarz. Jest to największy przebój (na dziś dzień licznik wskazuje ponad 180 milionów odtworzeń na YouTube) i w ogóle jeden z największych dziecięcych hitów polskojęzycznych. No dobra: to wręcz dzika satysfakcja. Co nie znaczy, że nie jestem dumny z moich prac dla innych klientów.

Czy ludzie kojarzą, że to Ty jesteś autorem tych animacji? Czy jednak musisz się do tego przyznać, żeby się dowiedzieli?

Można powiedzieć, że jestem "artystą szeroko nieznanym swoim fanom". W większości przypadków autorzy animacji nie są podpisywani. Z drugiej strony jeśli publiczność ma rok, czy trzy latka to jeszcze nie zastanawia się skąd się biorą te kolorowe obrazki. Natomiast wśród muzyków można powiedzieć, że zdarzało mi się być "osobą poszukiwaną". Znajomy producent został kiedyś zapytany, czy zna kogoś, kto robi takie animacje jak "Lisek Łakomczuszek". Musiał się nieźle ubawić dając moje namiary. Lisek naprawdę otwiera drzwi. Ludzie zawsze pozytywnie reagują, kiedy wychodzi na jaw, że to ja współtworzyłem tę postać. Często są to wyrazy wdzięczności, bo lisek i spółka niejednemu rodzicowi dali chwilę wytchnienia. Myślę, że takie spotkania są obustronnie satysfakcjonujące, bo rodzice dowiadują się, że za tym co oglądają ich pociechy nie stoi jakaś bezduszna korporacja, zatrudniająca wyrobników z zerowym zaangażowaniem emocjonalnym w to, co robią.

Bananowa piosenka / Materiały prasowe
Reklama

Jak w ogóle doszło do tego, że zająłeś się animacją?

Interesowałem się nią od małego. Pierwsze animacje robiłem na komputerze Amiga 500 należącym do kuzyna. Po wielu zakrętach zawodowych, ostatecznie poświęciłem się animacji dla dzieci. Dzięki postępowi technicznemu jestem w stanie wykonać pracę, która kiedyś angażowała cały sztab ludzi, wymagała kosztownego sprzętu, materiałów, precyzyjnych szkiców, obliczeń testów, a każda pomyłka często równała się wyrzucaniu wielotygodniowej pracy do kosza. Kiedy czytam z czym mierzyli się nasi pionierzy animacji w Bielsku-Białej to nabieram pokory.

A czym się inspirujesz?

Inspirują mnie przede wszystkim klasyczne animacje Hanna-Barbera oraz Warner Brothers. Stąd np. moje zamiłowanie do "koślawej" perspektywy. "Lisek..." był takim właśnie hołdem dla animacji o wilku Ralphie bezskutecznie próbującym zwędzić owce spod nosa psa pasterskiego Sama. Wyzwaniem było pokazanie tych perypetii bez typowej przemocy. Nie wysadzałem więc Liska w powietrze, ani nie zrzucałem mu kowadła na głowę. Ograniczyłem się do tego, że kogut zawsze go wyprzedzał, że był to kogut-kulturysta to nie musiał uciekać się do zbędnej brutalności. Planowałem, że to kury będą robiły mu jakieś wyrafinowane psikusy, ale niestety były to czasochłonne rozwiązania.

Co najczęściej słyszysz na temat swoich prac? Jakie są komentarze? Co się podoba, a co nie?

Wspomniany przez Ciebie "Lisek łakomczuszek" to taka "ikonka" popkultury i kiedy wychodzi na jaw, że stoję za tą animacją to moje akcje zdecydowanie rosną. Dla wielu dorosłych "Śpiewające Brzdące" stały się "marką generyczną" i dla nich wszystkie kanały z piosenkami dla dzieci to "Śpiewające Brzdące". Czasem więc ktoś strzeli moją ulubioną gafę: "Mój dzieciak uwielbia +Śpiewające Brzdące+! Zwłaszcza..." i tu pada tytuł przeboju z konkurencyjnego wydawnictwa.

Kiedy zorientowałeś się, że to co robisz "porywa" tłumy i stało się w pewnym sensie elementem popkultury?

Pierwsze zaskoczenie to były torty urodzinowe. Kiedy zobaczyłem na instagramie Liska (a także Pingwiny i Kaczuszki z innych teledysków) ulepionych z lukru dotarło do mnie, że współtworzyłem właśnie taką "ikonkę" popkultury. Może to jeszcze nie Myszka Miki, ale początek niezły. Lisek dorobił się remiksów, parodii, szydełkowanych maskotek. Bezdyskusyjnie uwielbiam liska ułożonego z warzyw i sera.

To cieszy. Totalnie oczy wyszły mi na wierzch, kiedy odkryłem, że na TikToku panuje szał na filmiki z "Bananową piosenką". Znalazłem ich co najmniej kilkanaście. Co ciekawe, większość z nich nie ma nic wspólnego z dziećmi. Dorośli i nastolatki wygłupiają się do bananowego refrenu.

Który z Brzdąców jest Twoim ulubionym, a na który patrzysz i myślisz "o nie..." albo "mogłem to zrobić lepiej"?

„Brzdące” to kawał mojego życia zawodowego, ale od czasu do czasu robię też dla innych autorów. Jedną z moich ulubionych produkcji jest "Pingwin i miś" dla Wesołej Załogi, za którą kryją się muzycy zespołu Czarno-Czarni. Z brzdącowych produkcji wskazałbym "Ocean nam niestraszny". Oba teledyski mają bogatą akcję, liczne scenerie, epicki rozmach jak to mówią. Wielkim plusem mojej pracy jest bardzo duża swoboda. Producenci ufają moim pomysłom i pozwalają mi się twórczo wyszaleć, a że miałem wielką ochotę na coś w piracko-przygodowych klimatach to poszedłem na całość. A co mogłem zrobić lepiej? Wszystko. Nie ma teledysku, który uważam za skończony i doskonały. Pomijam kiksy i błędy, które umknęły podczas kontroli jakości. Ograniczenia czasowe zawsze wymuszają jakieś skróty, oszczędności i kompromisy. Ktoś powiedział, że nie ma filmów ukończonych, a są wyłącznie porzucone. Z lekkim zgrzytem zębów patrzę też na moje najwcześniejsze produkcje i chętnie bym je zrobił od nowa.

Jak nad tymi teledyskami pracujesz? Najpierw jest piosenka, muzyka, potem pomysł i rysunki?

Zawsze najpierw jest muzyka i tekst. Szybka burza mózgów z Kolegą Redaktorem, podczas której powstaje szkielet scenariusza, szkice, czasem bardziej precyzyjny scenopis obrazkowy (storyboard) i zaczyna się rysowanie. "Brzdące..." powstają już od 6 lat więc mam spore archiwum grafik, które staramy się na nowo wykorzystywać, by oszczędzić na czasie. Rysowaniu towarzyszy "research" - szukam w internecie zdjęć czy rysunków na wzór itp. Nie uznaję twierdzenia, że "dzieci są małe, jest im wszystko jedno" i staram się unikać sytuacji, że w teledysku prezentuję jakieś fakty sprzeczne z rzeczywistością. Oczywiście pomijając takie drobiazgi jak to, że zwierzęta w rzeczywistości nie noszą ubrań i nie grają na instrumentach ale to jest akceptowalny element bajkowy. Ale na przykład miś polarny nie trafił do teledysku o pingwinach, bo mieszka na innym biegunie i tu moja etyka pedagogiczna jest bezlitosna. Kiedy w innej piosence o pingwinie pojawił się niedźwiedź brunatny był on bezdyskusyjnym gościem - wsiadł w samolot i przyleciał. Tak samo dinozaury: mogą być kolorowe, sympatyczne, ale jednak nie można sobie pozwolić na dowolność, bo jak wiadomo, nie ma lepszego eksperta od paleontologii niż czterolatek.

Marcin Koźliński, twórca animacji "Śpiewające brzdące" / archiwum prywatne / Marcin Kozlinski

W razie wątpliwości konsultuję się z pedagogami i rodzicami, czy taka albo inna sytuacja "ujdzie". Nie jestem wybitnym ilustratorem ani mistrzem animacji. Moje wykształcenie kierunkowe to realizacja obrazu filmowego i tv i nim poświęciłem się animacji głównie stałem za kamerą. Tworząc teledyski dla dzieci myślę filmowo. Wymyślam historię albo motyw przewodni, "buduję" scenografię, umieszczam w niej narysowanych aktorów, wirtualne kamery.

Ile czasu zajmuje stworzenie jednej piosenki?

Mówiąc językiem naukowców: to zależy. Czasem piosenka jest prosta a wszystkie niezbędne elementy mogę "pożyczyć" i zaadaptować z poprzednich produkcji i uwijam się w tydzień. Czasem produkcja wymaga nowych grafik, złożonych animacji... Generalnie teledyski można podzielić na dwa rodzaje: "historyjki" i "gibanie". Historyjki to np. "Lisek..." czyli ilustruję piosenkę pokazując jakąś prostą fabułkę, z wydarzeniami, przyczynami, skutkami. Z akcją. Teledyski "gibane" to np. "Czu czu ua" czy "Aram sam sam", gdzie postacie "gibią się", czyli tańczą i podskakują do muzyki, a towarzyszą temu różne kolorowe, abstrakcyjne animacje. "Bananowa piosenka" to połączenie tych dwóch konwencji: trochę scenek, trochę gibania. Czasem dzwonię na przykład do muzyka i pytam się, czy nie dałoby dodać jakiejś krótkiej solówki albo powtórzyć refren, czy też wyciąć jakieś powtórzenie.

Reklama

Wspomniałeś, że konsultujesz to z rodzicami. O co dokładnie pytasz i jakie porady i uwagi słyszysz?

Rodzicom podoba się sposób prowadzenia narracji w niektórych teledyskach i przeróżne niuanse, które przemycam. Niewidoczne dla dzieci, ale rodzicom znacznie ułatwiające wspólne oglądanie. Generalnie takie dostawałem sygnały zwrotne: więcej treści dla dorosłych w teledyskach dla dzieci. Jakieś nawiązania/cytaty do popularnych filmów czy obrazów. Dorosły też człowiek. (śmiech).

Co jest najtrudniejsze w pracy animatora? Jak konkurencja i ludzie z branży oceniają twoje prace?

Czas, a konkretnie estymacja, ile czasu zejdzie na konkretne ujęcie czy scenę. Trudne też jest przekładanie tekstu na obraz, a akcja teledysku podążała za treścią piosenki. Często jest tak, że to co w piosence zawiera się w jednym zdaniu trwającym 3 sekundy po zwizualizowaniu wymaga znacznie dłuższego ujęcia, żeby wszystko można było dokładnie zobaczyć.

Czasem też mam "blok pisarski" i piszę do Kolegi Redaktora "Ślij pomysły, bo ja tu mam pustkę w głowie". Czasem jest dokładnie na odwrót - wena ciska we mnie pomysłami jak ulęgałkami i trzeba dokonywać bolesnych wyborów, co z tego wszystkiego wybrać.

Ocean nam niestraszny / Materiały prasowe

Jeden z niedoszłych klientów zatrudniający animatorów, pod jakimś tam pretekstem chciał wpaść do mnie i zobaczyć jak pracuję nad animacjami.

Czy zdarza się, że pod teledyskami pojawiają się komentarze nie do końca związane z tematyką dziecięcą?

Od jakiegoś czasu już nie ma możliwości komentowania treści przeznaczonych dla dzieci. Trochę nam też brakuje kontaktu z fanami w komentarzach, ale z drugiej strony kiedyś nasz admin każdy dzień zaczynał od usuwania mnóstwa bezinteresownie hejterskich i wulgarnych komentarzy.

Nad czym pracujesz teraz i co Ci się marzy?

Aktualnie pracuję nad piosenką na dzień babci i równolegle cały czas udoskonalam postać Liska, który wciąż grywa "epizody" w różnych teledyskach i niewykluczone, że powróci kiedyś w swoim własnym. Regularnie odświeżam grafiki postaci i wzbogacam o nowe zestaw animowanych elementów. Marzy mi się więcej produkcji edukacyjnych. Bardzo lubię pracować nad animacjami, których akcja dzieje się w różnych miejscach na świecie, lubię elementy folkloru, retro... W wolnych chwilach pracuję nad teledyskiem, który będzie hołdem dla Juliusza Verne'a.

Współpracuję też z kilkorgiem amerykańskich muzyków z nurtu zwanego Kindie (kids + indie - nie mylić z koreańską K-Indie) i zazdroszczę tej różnorodności gatunkowej i stylistycznej jaką oferują. Rock, jazz, hip-hop, pop... W Polsce wciąż mamy niewielu muzyków tworzących autorską muzykę gatunkową dla dzieci. Myślę, że dorośli bardzo nie doceniają dzieci.

Czy zdarza ci się, że któregoś z „Brzdąców” nucisz najczęściej tak sam dla siebie jak masz przysłowiową fazę, a może jest jakaś piosenka, która choć trochę skradła ci serce?

Zwykle piosenki "prześladują mnie" podczas pracy nad nimi. Zwłaszcza jeśli oparte są na chwytliwym szlagworcie. Uwolnienie się od "Banana nana" zajęło mi trochę czasu. A niech to... wróciło.