Dziennik Gazeta Prawana logo

Wielkie "Tango" czasów apokalipsy

2 listopada 2009, 10:37
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Trochę baliśmy się tego "Tanga". Jak każde przedstawienie Jerzego Jarockiego już w chwili decyzji o realizacji musiało mierzyć się z niespotykaną presją. Bo narodowa scena, bo najważniejszy dramat, bo klasyka, bo wreszcie wyjątkowy reżyser. Nikt poza Jarockim i Erwinem Axerem, nie zrobił dla scenicznych dziejów Sławomira Mrożka aż tyle.

Niezależnie od tego, czy pisarzowi zawsze było po drodze z inscenizatorem. Wystarczy wspomnieć tylko krakowski "Portret", w którym udało się Jarockiemu zamknąć całą historiozofię Mrożka. A z nowszych rzeczy częściowo przepisaną przez reżysera "Miłość na Krymie", też z Narodowego. Stała się gorzkim rozrachunkiem z minionym stuleciem, cenzurą wystawioną za ten czas en masse – całej inteligencji. Była zapisem końca epoki oraz dowodem lęku przed nadchodzącym, ale nieznanym.

, co w przypadku Jarockiego nie dziwi. Powstawało wbrew wyrokom losu – wpierw Eugeniusza miał grać Zbigniew Zapasiewicz. Po niespodziewanej śmierci artysty rolę objął Andrzej Łapicki. Ostatecznie w premierze wystąpił Jan Englert. Nie wiem, ile miał czasu na próby. Wyszło więcej niż dobrze. Doszły do tego powtarzane plotki, że Jarocki czyta "Tango" w zgodzie z interpretacją Jana Błońskiego, . Zatem wszystko, co śmieszne, pada ofiarą reżyserskiego ołówka, zastąpione na przykład obszernym fragmentem "Raju utraconego"Miltona.

Gotowy spektakl jest okazją do zweryfikowania tych pogłosek. Znów okazuje się, że chyba nikt jak Jerzy Jarocki nie potrafi w polskim teatrze tak czytać wystawianych tekstów i z tej lektury wyciągać może zaskakujących, ale zgodnych z myślą autora wniosków. Do "Tanga" wrócił artysta po 44 latach od swej pierwszej krakowskiej wersji. Można było mieć pewność, że jak wszystkie sztuki Mrożka zmieści się ono jak ulał w precyzyjnym mechanizmie teatru wielkiego reżysera. Jednak w ujęciu Jarockiego staje się czymś więcej niż poprowadzoną z żelazną logiką układanką o przerażającym finale.

"Tango" mieści się we współtworzonej przez scenografa Jerzego Juka Kowarskiego estetyce spektakli Jarockiego, ale swą ostrość i oskarżycielską siłę bierze z bacznej obserwacji świata za oknami. Jest rzecz jasna czymś więcej niż tylko gorzkim komentarzem starego mistrza na temat współczesności. Jak najważniejsze jego przedstawienia . Ot, choćby o kondycję człowieczeństwa. Koniec cywilizacji W dużym stopniu organizuje widowisko projektowana przez Juka Kowarskiego przestrzeń.

W pierwszej części siedzimy pod ścianą Sceny przy Wierzbowej. Krzesła, fotele, kanapy – stare lub nowoczesne, każde z innej parafii. Tuż obok na podłodze (Ewa Wiśniewska) rżnie w karty z (Grzegorz Małecki). (Grażyna Szapołowska) w podartych dżinsach pręży ciało w pozach jak z jogi. (Jan Frycz) w wojskowych spodniach opadających na wydatnym brzuchu i rozpiętej podomce wycina karton potrzebny do kolejnego eksperymentu. Na materacu, w zmierzwionej pościeli śpi (Kamilla Baar). Znaleźliśmy się w domu u Stomilostwa niczym podglądacze. Oni nie zdają sobie sprawy z naszej obecności, więc zachowują się swobodnie. Możemy z najbliższej odległości patrzeć, jak wygląda ich nowoczesność.

. Nie szydzi z póz Eleonory, babcia jest nawet całkiem sympatyczna, Stomil nie stroi się w pióra domorosłego guru awangardy, tylko wierzy, że jego artystyczne działania mają uzasadnienie. Cała przewrotność reżysera "Tanga" w Narodowym polega na tym, że rehabilitując na tyle, ile się da kompromitowanych zazwyczaj bohaterów, bynajmniej nie osłabia on wymowy inscenizacji. Przeciwnie, u Jarockiego Stomil, Eleonora, zdziecinniali dziadkowie są nieodrodnymi dziećmi swej-naszej epoki. Świat ostatecznie wypadł z formy, nic – nawet odwieczny rytuał – mu jej nie przywróci. Zostały tylko ruchy pozorne, czy to pseudoartystyczne instalacje, czy gry towarzyskie.



Pierwszy akt tego "Tanga" rozpędza się wolno, jakby aktorzy, a wraz z nimi widzowie, dopiero oswajali nietypową przestrzeń. Tyle że tak ma być – celowo nieefektownie, bez przyczyn i bez skutków. Całkowita apatia, inercja, rozmazanie. I zaczynamy rozumieć, że . Ta dawna, znaczona przez tradycję, odeszła w niepamięć. Zastąpiła ją nowoczesność, czyli brak czegokolwiek. Wszystko wolno i wszystko straciło znaczenie. Wśród bankrutów Dlatego bohaterowie "Tanga" oprócz śmiechu budzą też smutek. .

Bankrutem, tyle że bardziej od innych zacietrzewionym, jest też (Marcin Hycnar). Zacięte usta, przyciasny garnitur, nie chodzi, tylko biega. Próbuje bezskutecznie walczyć z nowymi porządkami, bo ich nie akceptuje, ale także dlatego, że jest poza ich nawiasem. Ten Artur od pierwszej chwili nie budzi zaufania. W ujęciu Jarockiego i doskonałej interpretacji Hycnara . Jak Henryk ze "Ślubu"Gombrowicza próbuje narzucić światu rygor tradycji, sprawić, by rodzice wreszcie się pozapinali. Szuka form, które na powrót przywróciłyby egzystencji treść. Przegra, bo stawia tylko na puste gesty, rytuały.

Jerzy Jarocki dał polskiemu teatrowi kanoniczne odczytanie "Ślubu" i . Artur jak Henryk ma ciągoty, by całą ludzkość "wziąć za mordę". Edek jest jak Pijak, gorsze, zwulgaryzowane odbicie bohatera. Nie zawaha się zrobić tego, o czym tamten ze wstydem myśli. Jarocki nawiązuje do struktury "Ślubu", powtarza sceny ze słynnego krakowskiego przedstawienia. W ten sposób "Tango" nabiera bardziej osobistego wymiaru – w twórczości artysty staje się kodą. Coś chyba poprzez te wszystkie liczne nawiązania zamyka.

Podobnie jak "Ślub" ze Starego Teatru w roku 1991 nowe "Tango" Jarockiego niezaprzeczalnie wielkim spektaklem staje się po przerwie. Przywrócono tradycyjny podział na widownię i scenę. Ta przypomina rodzinny grobowiec, cały w czerni, dla bohaterów staje się zaś pułapką. Artur chce poczuć władzę, wygrywa raz po raz niepokojący rytm werbli. Beznamiętny, śliski jak wąż Edek mówi tylko po cichu, nienaturalnie miękko. Stanie się zbrojnym ramieniem Artura, a potem w jednej chwili obróci się przeciw niemu. . W "Tangu" Jerzego Jarockiego przegrywają wszyscy. "La Cumparsita" Edka i Eugeniusza brzmi długo, ale jest jakaś sztywna, mechaniczna. Przejmuje czystą grozą.

Ktoś powie, że to stary teatr. Pomyli się. Wspaniale grane przez aktorów Narodowego przedstawienie (role Hycnara i Małeckiego mam za olśnienia, na innych patrzyłem z podziwem, tylko grana jedynie zewnętrznością Eleonora Szapołowskiej wydała mi się ledwie szkicem postaci) stanie się , a dla Jerzego Jarockiego dowodem reżyserskiej siły. "Tango" z Narodowego zapewne jeszcze nabierze mocy, już teraz jednak zdaje się punktem odniesienia.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj