Taki zawód. Już się przyzwyczaiłam. Dobrze mieszka mi się w Krakowie, ale czasami ciągnie do Warszawy… W Krakowie prowadzę życie domowe i towarzyskie, a w Warszawie
pracuję. Jest w tym jakaś konsekwencja.
Pani Krystyna Janda zaproponowała byśmy przeczytali tekst Gorkiegom, jak gdyby po raz pierwszy i wspólnie odkryli jego aktualność. Okazuje się, że Gorki był niezwykle dotkliwy w swoim
okrucieństwie, przenikliwy w ukazaniu słabości ludzkich charakterów.
To będzie spektakl o przemocy w rodzinie. Takie dictum usłyszeliśmy na pierwszej próbie. Trochę byłam zdziwiona. Gorki? Przemoc w rodzinie? Ale Krystyna Janda doskonale wie, co robi. Odnalazła
u Gorkiego rejestry, które brzmią bardzo współcześnie. Z jednej strony chodzi o desperacką walkę Wassy o przetrwanie jej rodziny, z drugiej – dotykamy całego katalogu społecznych
patologii i zwyrodnień.
Początkowo miałam grać Lubę, przeciwieństwo Natalii: niepełnosprawną, autystyczną dziewczynę, chyba najjaśniejszą postać dramatu. Kiedy zaczynałam już
„zaprzyjaźniać” się z Lubą, zadzwoniła pani Krystyna Janda z pytaniem: „A co byś powiedziała, gdybym obsadziła cię z twoją siostrą, ale wtedy grałabyś
Natalię, a Justyna – Lubę”.
Od dłuższego czasu marzyłyśmy, żeby zrobić coś wspólnie. Ta propozycja Krystyny Jandy spadła nam z nieba. Tyle że musiałam uśpić poczciwą Lubę i odkryć demoniczną Natalię. Moja
bohaterka nie ma żadnych złudzeń, że zło zawsze wygrywa. Chociaż pokochałam Lubę, cieszę się, że mogę mierzyć się z Natalią. Coś nowego, coś innego.
Mała szkoła aktorska. Krystyna Janda wchodząc w rolę, zapomina o wszystkim, również o sobie. Staje się Wassą. Natalia jest w nią zapatrzona. Aśka Kulig również, bezwiednie (śmiech).
Kiedy na dzisiejszej próbie Wassa-Janda założyła na głowę szalik, po pewnym czasie zorientowałam się, że mimowolnie zrobiłam to samo. Przy wszystkich różnicach wynikających z
doświadczenia, dorobku czy wieku, myślę, że reagujemy z panią Krystyną Jandą podobnie, mamy zbliżony temperament.
Pozory. Miałam dłuższą przerwę. Przygotowywałam się jedynie do głównej roli w dużym, europejskim filmie, w którym prawdopodobnie zagram. Przede wszystkim jednak usiłowałam się
wyciszyć, odnaleźć w sobie spokój, który wcześniej zgubiłam. To doświadczenie okazało się cenne, bo w sytuacji, w której telefon z propozycjami dzwoni bardzo często, nie czuję, żeby
cokolwiek wymykało mi się spod kontroli. Nakręciłam dwa filmy w Polsce – z Magdaleną Łazarkiewicz i Januszem Kondratiukiem, jeden w Niemczech – z udziałem m.in. Leny Olin,
przygotowuję się do kolejnych. Równolegle od czasu do czasu gram w podwójnej obsadzie w „Sonacie Belzebuba” w Teatrze STU, w Starym i w Polonii, ale nie czuję, żeby praca
wyczerpywała mnie emocjonalnie i fizycznie.
Zagrałam va banque. Długo do tego dojrzewałam, bardzo mocno to przeżyłam. Mimo wszystko uznałam, że poza niezaprzeczalnymi korzyściami wynikającymi z pracy w znakomitym zespole, robię coś
wbrew sobie. Dzisiaj uważam, że rezygnacja z etatu w Starym była jedną ze słuszniejszych z decyzji w moim życiu.
Niewiele, pan Krzysztof Jasiński zaproponował mi Kordelię w „Królu Learze”, którą być może zagram, oraz udział w „Sonacie Belzebuba”. I tyle. Problem
był we mnie. Miałam wrażenie, że to już finał. Że aktorstwo mnie przerasta, nie czuję tego. Praca w teatrze nigdy nie była zresztą moim marzeniem, chciałam śpiewać. Ale wszystko
potoczyło się trochę poza mną. Najpierw na drugim roku studiów, w trakcie warsztatów zagrałam Albertynkę w „Operetce” Gombrowicza, następnie jej reżyser –
Mikołaj Grabowski – zaprosił mnie na spotkanie z Mają Kleczewską, szybko weszłam do zespołu Starego. I trochę się zagubiłam. Dopiero w momencie, kiedy zrezygnowałam z pracy w
Starym, zrozumiałam, że jednak chcę być aktorką. Mam talent.
Tak. „Doktor Halinę”, Teatr TV w reżyserii Marcina Wrony, w którym zagrałam tytułową rolę, zobaczył w Anglii reżyser „Lata miłości” Paweł
Pawlikowski. Zaproponował mi udział w swoim nowym filmie „The woman in the fifth”, w którym zagram obok m.in. Kristin Scott-Thomas i Ethana Hawke. Z kolei casting do
niemieckiego filmu wygrałam wbrew wizji reżyserki, Anny Justice i producentów. To miała być zupełnie inna postać: odmienna fizycznie i psychicznie, a jednak przekonałam niemiecką ekipę
swoim temperamentem, pasją i energią. Nawet jeżeli nie jestem do końca pewna, czy mam rację, w budowaniu roli uważnie słucham siebie, ufam własnej intuicji. A w Starym byłam zagubiona.
Kiedy się spotkałyśmy, byłam za młoda i zbyt naiwna. Maja Kleczewska, przygotowując spektakl, opiera się głównie na aktorskiej improwizacji, do czego szkoła teatralna nas nie przygotowuje.
Nikt nie mówił mi o sposobach ochrony przed reżyserem, tymczasem podczas prób do „Snu nocy letniej” wydarzyło się, moim zdaniem, sporo nadużyć, kilka niekontrolowanych
zachowań. To była jazda bez trzymanki, a ja byłam wtedy właściwie jeszcze dzieckiem.
To był dobry i ciekawy spektakl, ale dla mnie zaświeciło się żółte światełko. Za dużo korzystałam wtedy z siebie, z prywatnych, niekiedy toksycznych emocji. Uruchomiłam pamięć
emocjonalną - wynajdując uśpione pokłady bolesnych przeżyć. Nikt mi nie powiedział, że to wyboista droga, na której łatwo się wykoleić. Myślę jednak, że praca z Mają czegoś mnie
nauczyła. Zupełnie inaczej podchodzę do budowania postaci, bardziej dojrzale i świadomie. Myślę, że gdyby nie było tej „drugiej drogi”, zrezygnowałabym z zawodu.
Aktorstwo to nie psychodrama.
Nie jestem bezczelna, ale dociekliwa. Bywam wkurzająca, bo chcę wszystko wiedzieć. Każdego reżysera zamęczam pytaniami (śmiech), ale potrzebuję tego wszystkiego po to, żeby w momencie, kiedy
wyjdę na plan filmowy albo na scenę, działać organicznie, mimowolnie przetwarzając emocjonalność postaci na własne ciało.
Ludzie wciąż mnie poznają po głosie. To było przecież 12 lat temu. Miałam 15 lat.
Przestraszone, ambitne kurczątko. W mojej miejscowości mieszka zaledwie 300 osób i wszyscy to oglądali. Mama była dumna. Grzegorz Turnau powiedział, że jestem dziewczynką ciekawą świata, a
fakt, że pochodzę z małej miejscowości, może być tylko moim atutem. Bardzo się staram, żeby nie stracić tego atutu. Nie zapomnieć, skąd jestem.
Szacunek dla siebie wynika z umiejętności docenienia innych. Przed pointą zawsze powinien być kontrapunkt.