Wydawało się, że po przełomie lat 50. i 60. minionego wieku i urodzaju przedstawień opartych na jego sztukach trudno będzie mu wrócić w glorii. A był przecież taki czas, że warszawski Teatr Dramatyczny nazywany był „domem Dürrenmatta”, jego dramaty wystawiali na tej scenie Mikołajska, Swinarski i René, a więc najściślejsza czołówka. Tu właśnie powstawały wybitne realizacje „Romulusa Wielkiego” (1959), „Fizyków” (1963), tu swoją prapremierę miał „Anioł zstąpił do Babilonu”, jedna z realizacji Swinarskiego. Polską prapremierę jedynej bodaj granej do dziś sztuki Szwajcara, „Wizyty starszej pani” wystawił w Łodzi już w 1957 roku Kazimierz Dejmek. Zmierzch popularności pisarza nastąpił już dość dawno temu, bodaj ostatnim jej błyskiem była warszawska realizacja „Play Strindberg” Wajdy we Współczesnym – rok 1970.
Skąd to zapomnienie? Pisarz, którego twórczość tak bardzo wpisuje się w obraz współczesnego świata – dla teatru naszych czasów okazał się za trudny, podzielił los twórczości Mrożka. Obaj żądają tego samego: znalezienia formy, umiejętności posługiwania się reżyserskim skrótem, od aktora wymagającej technicznej biegłości w kilku teatralnych specjalnościach – budowania wiarygodnej postaci, a równocześnie brechtowskiej „obiektywizacji”, balansowania na krawędzi realizmu i groteski. Bezbłędnie umiało to pokolenie kończące dziś artystyczną służbę; lub wręcz minione. Mimo to Dürernmatt wraca. Być może dobiegł końca czas jego bytowania w „czyśćcu literatury”, co zdarza się pisarzom najwybitniejszym. Wracają – i znów zaczynają być ważni.
„Franka V” w 1962 roku wystawiło aż trzech wybitnych reżyserów: w Gdańsku Jerzy Goliński, w Katowicach Jerzy Jarocki, Warszawa miała realizację Swinarskiego. Sztuka przemknęła jak meteor, rzeczywistość banku-siedliska najgorszego plugastwa tego świata, wyzysku, kradzieży, oszustwa, wiarołomostwa i zbrodni nijak się miała do zgrzebnej Polski czasów „małej stabilizacji” towarzysza Gomułki.
Przedstawienie Krzysztofa Babickiego w Teatrze Słowackiego jest powrotem w najlepszym stylu. Właściwe to prapremiera po 46 latach w zupełnie innym czasie – polskiego kapitalizmu z nieludzką twarzą. Dopiero dziś „komedia bankierska” brzmi silnie i bardzo świeżo. To zresztą jedno z najlepszych przedstawień Babickiego w ostatnich latach, czyste formalnie, z minimalistyczną scenografią, zmianę miejsca akcji zaznaczającą jedynie wyjeżdżającymi z kulis platformami. Na nich szkicowo zaznaczone okienka kasowe, łóżko, na którym skona toczony rakiem Böckman (świetna rola Feliksa Szajnerta). Ze scenicznej zapadni wynurzy się bankowa kasa – grób tytułowego bohatera. Żadnych naddatków, rzeczywistość banku-wylęgarni zbrodni niosą działaniem aktorzy i muzyka w świetnym, bardzo „brechtowskim” opracowaniu Haliny Jarczyk.
Kilka świetnych ról: tytułowy Frank V w wykonaniu Tomasza Międzika, cyniczny do szpiku kości Egli Krzysztofa Jędryska, i brawurowa partia gościnnie występującej w Słowackim Beaty Fudalej jako Fridy Fürst, groteskowo przerysowanej kurewki zmieniającej się w starą pannę o kanciastych, niekobiecych ruchach gorączkowo chwytającą ostatnią szansę zmiany życia.
Warto wyjść także poza żelazny kanon dürrenmattianów. Nie tylko „Wizyta starszej pani” jest odbiciem tego, co wokół nas. W niesłusznie zapomnianych „Anabaptystach” dobry interpretator znajdzie materiał na opowieść o posługiwaniu się religią dla najpaskudniejszych celów, w czym celują zwłaszcza ci „najświętsi”. „Fizycy” – dziś, gdy świat znów zaczyna przegradzać żelazna kurtyna, a „zbójeckie państwa” szykują własne bomby atomowe, wydają się napisani na ten trudny czas. Zapomniany przez teatr „Anioł zstąpił do Babilonu” jest świetnym, szekspirowskim niemal traktatem o władzy, a także i tym, że owa władza odbiera człowieczeństwo, obdarzeni nią przestają być ludźmi i w gruncie rzeczy ich los jest gorszy niż niewolników. Tylko kto dziś wystawi te dramaty o skomplikowanej fakturze, mieszającej prozę i wiersz, kto zaaranżuje dziś sceny zbiorowe? Jeśli jednak nie reflektują państwo na dzieła ogromnych rozmiarów – może warto przeczytać i zaadaptować radiowe miniatury Dürrenmatta? Kameralne sceny teatrów aż proszą się o „Nocną rozmowę z człowiekiem którym się gardzi”, materiał na dwie wielkie role w rozmowie oprawcy i jego ofiary. Być może pomyśleć jak z radiowego „Procesu o cień osła” wykroić na scenę zjadliwą farsę o walce stronnictw politycznych drących się między sobą o najmniejsze bzdury. Zawsze można liczyć, że na szczytach władzy znów ktoś śmiertelnie się obrazi. Nic lepszego teatrowi zdarzyć się nie może. Sezony Dürrenmatta przed nami? Aż się raduje serce...