Dziennik Gazeta Prawana logo

Powrót z czyśćca

26 września 2008, 22:47
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Przedstawienie Krzysztofa Babickiego w Teatrze Słowackiego jest powrotem w najlepszym stylu
Przedstawienie Krzysztofa Babickiego w Teatrze Słowackiego jest powrotem w najlepszym stylu/Inne
Niedawno Michał Zadara przygotował „Wizytę starszej pani”. W Polonii trwają przygotowania do premiery „Romulusa Wielkiego”. W krakowskim Teatrze im. Słowackiego mieliśmy właśnie premierę „Franka V”, sztuki kompletnie zapomnianej. Panie i panowie - Friedrich Dürrenmatt znów u bram.

Wydawało się, że po przełomie lat 50. i 60. minionego wieku i urodzaju przedstawień opartych na jego sztukach trudno będzie mu wrócić w glorii. A był przecież taki czas, że warszawski Teatr Dramatyczny nazywany był „domem Dürrenmatta”, jego dramaty wystawiali na tej scenie Mikołajska, Swinarski i René, a więc najściślejsza czołówka. Tu właśnie powstawały wybitne realizacje „Romulusa Wielkiego” (1959), „Fizyków” (1963), tu swoją prapremierę miał „Anioł zstąpił do Babilonu”, jedna z realizacji Swinarskiego. Polską prapremierę jedynej bodaj granej do dziś sztuki Szwajcara, „Wizyty starszej pani” wystawił w Łodzi już w 1957 roku Kazimierz Dejmek. Zmierzch popularności pisarza nastąpił już dość dawno temu, bodaj ostatnim jej błyskiem była warszawska realizacja „Play Strindberg” Wajdy we Współczesnym – rok 1970.

Skąd to zapomnienie? Pisarz, którego twórczość tak bardzo wpisuje się w obraz współczesnego świata – dla teatru naszych czasów okazał się za trudny, podzielił los twórczości Mrożka. Obaj żądają tego samego: znalezienia formy, umiejętności posługiwania się reżyserskim skrótem, od aktora wymagającej technicznej biegłości w kilku teatralnych specjalnościach – budowania wiarygodnej postaci, a równocześnie brechtowskiej „obiektywizacji”, balansowania na krawędzi realizmu i groteski. Bezbłędnie umiało to pokolenie kończące dziś artystyczną służbę; lub wręcz minione. Mimo to Dürernmatt wraca. Być może dobiegł końca czas jego bytowania w „czyśćcu literatury”, co zdarza się pisarzom najwybitniejszym. Wracają – i znów zaczynają być ważni.

„Franka V” w 1962 roku wystawiło aż trzech wybitnych reżyserów: w Gdańsku Jerzy Goliński, w Katowicach Jerzy Jarocki, Warszawa miała realizację Swinarskiego. Sztuka przemknęła jak meteor, rzeczywistość banku-siedliska najgorszego plugastwa tego świata, wyzysku, kradzieży, oszustwa, wiarołomostwa i zbrodni nijak się miała do zgrzebnej Polski czasów „małej stabilizacji” towarzysza Gomułki.

Przedstawienie Krzysztofa Babickiego w Teatrze Słowackiego jest powrotem w najlepszym stylu. Właściwe to prapremiera po 46 latach w zupełnie innym czasie – polskiego kapitalizmu z nieludzką twarzą. Dopiero dziś „komedia bankierska” brzmi silnie i bardzo świeżo. To zresztą jedno z najlepszych przedstawień Babickiego w ostatnich latach, czyste formalnie, z minimalistyczną scenografią, zmianę miejsca akcji zaznaczającą jedynie wyjeżdżającymi z kulis platformami. Na nich szkicowo zaznaczone okienka kasowe, łóżko, na którym skona toczony rakiem Böckman (świetna rola Feliksa Szajnerta). Ze scenicznej zapadni wynurzy się bankowa kasa – grób tytułowego bohatera. Żadnych naddatków, rzeczywistość banku-wylęgarni zbrodni niosą działaniem aktorzy i muzyka w świetnym, bardzo „brechtowskim” opracowaniu Haliny Jarczyk.

Kilka świetnych ról: tytułowy Frank V w wykonaniu Tomasza Międzika, cyniczny do szpiku kości Egli Krzysztofa Jędryska, i brawurowa partia gościnnie występującej w Słowackim Beaty Fudalej jako Fridy Fürst, groteskowo przerysowanej kurewki zmieniającej się w starą pannę o kanciastych, niekobiecych ruchach gorączkowo chwytającą ostatnią szansę zmiany życia.

Warto wyjść także poza żelazny kanon dürrenmattianów. Nie tylko „Wizyta starszej pani” jest odbiciem tego, co wokół nas. W niesłusznie zapomnianych „Anabaptystach” dobry interpretator znajdzie materiał na opowieść o posługiwaniu się religią dla najpaskudniejszych celów, w czym celują zwłaszcza ci „najświętsi”. „Fizycy” – dziś, gdy świat znów zaczyna przegradzać żelazna kurtyna, a „zbójeckie państwa” szykują własne bomby atomowe, wydają się napisani na ten trudny czas. Zapomniany przez teatr „Anioł zstąpił do Babilonu” jest świetnym, szekspirowskim niemal traktatem o władzy, a także i tym, że owa władza odbiera człowieczeństwo, obdarzeni nią przestają być ludźmi i w gruncie rzeczy ich los jest gorszy niż niewolników. Tylko kto dziś wystawi te dramaty o skomplikowanej fakturze, mieszającej prozę i wiersz, kto zaaranżuje dziś sceny zbiorowe? Jeśli jednak nie reflektują państwo na dzieła ogromnych rozmiarów – może warto przeczytać i zaadaptować radiowe miniatury Dürrenmatta? Kameralne sceny teatrów aż proszą się o „Nocną rozmowę z człowiekiem którym się gardzi”, materiał na dwie wielkie role w rozmowie oprawcy i jego ofiary. Być może pomyśleć jak z radiowego „Procesu o cień osła” wykroić na scenę zjadliwą farsę o walce stronnictw politycznych drących się między sobą o najmniejsze bzdury. Zawsze można liczyć, że na szczytach władzy znów ktoś śmiertelnie się obrazi. Nic lepszego teatrowi zdarzyć się nie może. Sezony Dürrenmatta przed nami? Aż się raduje serce...

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj