"Beatrix Cenci"
Reż: Maciej Sobociński
Teatr im. Słowackiego w Krakowie
Premiera 26 kwietnia
p
Krakowskie przedstawienie tragedii Słowackiego – , zagarniające przestrzeń teatru – . Wielkim był, ma jubileusz, sztuka od dawna niegrana, więc jest pretekst, by „Cenci” pokazać. Gdyby nie jubileuszowy rok – to pewnie i nie byłoby tego przedstawienia. Ale jest i stanowi katalog sposobików „na nowoczesność”.
Reżyser przedstawienia – jak głosi jego zamieszczony w programie życiorys – trudni się w telewizji układaniem wielkich imprez. Nie wiem, czy to „Taniec na lodzie”, czy ten „z gwiazdami”, czy może „Idol” – dość, że . Są tu wielkie projekcje wyświetlane na scenicznym horyzoncie, widzimy twarze bohaterów, fragmenty spektaklu, bardzo ładne „dokrętki” mające dopowiadać to, co i tak powiedział już Słowacki, a reżyser sprytnie mu wyciął. Ruchoma podłoga przejeżdża aż w środek widowni, podłoga bardzo ładnie lśni, po tej podłodze na efektownych szpilkach przechadza się trzech facetów grających Furie. Słowem, wypasiona współczesna telewizja.
. Nic się nie zdarza pomiędzy tymi ludźmi, choć u Słowackiego jest i zbrodnia kazirodztwa, morderstwo, śledztwo, wreszcie miłość w cieniu szafotu, na którym skończą bohaterowie. Reżyser zajęty telezabawkami nie zajął się tak opowiedzeniem historii. Adaptacja tekstu i kompletny brak kontaktu między aktorami sprawia, że cała ta opowieść przyprawiona w dodatku fragmentami „Pieśni nad pieśniami” i relacji z kaźni rodziny Cencich jest nieczytelna, a kto przed spektaklem nie przypomniał sobie tragedii Słowackiego – będzie patrzył jak cielę na malowane wrota. I nic dziwnego, że ani – ani nikt inny – z wyjątkiem znanego lektora (ten widać nie dał się wyreżyserować i po prostu logiczne przeczytał tekst) – nie stworzyli postaci zapadającej w pamięć.
Ambicją reżysera było najwidoczniej stworzenie z tekstu Słowackiego i muzyki Bolesława Rawskiego fonosfery, w której słowo stapia się z ilustracją muzyczną (dość zresztą wtórną). Aby to osiągnąć – aktorów wyposażono w mikroporty. Te mikrofony bezlitośnie podkreślają dykcyjne fuszerki albo zwyczajny bełkot. Krakowska realizacja „Cenci” znów potwierdza tę starą obserwację.
Jest w tym spektaklu jeszcze jedna rzecz obracająca się przeciw niemu samemu: miejsce, w którym ustawiono tę chłodną, scenografię rodem z telewizyjnego show: sala Teatru im. Słowackiego, ta bombonierka z końca XIX stulecia. Zestawienie tych dwóch estetycznych porządków jest jakimś koszmarnym estetycznym zgrzytem.
„Beatrix Cenci” Macieja Sobocińskiego potwierdza tylko słowa gombrowiczowego Pimki. Słowacki wielkim poetą był. I tyle. Co mają z tego widzowie?