Płaskie pląsy, nieprzekonujące dykcyjnie głosy, statyka inscenizacji za często usypiają widza, zbyt rzadko pobudzają do zachwytu. Metafora teatru-świata też jakoś poblakła.

Fabuła "A Chorus Line" przypomina schematy narracyjne powieści produkcyjnej. Oto bohaterowie drugiego planu w teatrze muzycznym walczą o pracę. Choreograf Zach prowadzi casting tancerzy. Potrzebuje ośmiu postaci. Reszta musi odpaść. Kryteria - jak w to kapitalizmie - są niejasne. Widzimisię choreografa decyduje o losach wszystkich.

W przeciwieństwie do "Traktory zdobędą wiosnę" amerykański produkt z Broadwayu zawiera oprócz przymusu wyrabiania 200 procent normy oraz egzaltowanych deklaracji współzawodnictwa próbę psychoanalizy, wątki gejowskie oraz chirurgii plastycznej jako stałe atrybuty popkultury. No i nie ma tu sekretarza jedynie słusznej partii.

Trochę się złoszczę, ale oglądając robotę Hamilton przypominałem sobie "Cały ten zgiełk" Boba Fosse’a. Właściwie rzecz o tym samym. O wydobywaniu z siebie odwagi i prawdy. O sensie życia aktora-tancerza. Patrząc na statyczny rząd figur w Capitolu, przypominałem sobie namiętność, łzy, gorycz, wreszcie rozpacz odrzuconych przez los bohaterów Fosse’a. W kinie wszyscy byli wyraźni. Mieli twarz - nie maski, charakter - nie plakat. Żyli, ocierając się o ekstazę i śmierć.

Irytacja o tyle nie ma sensu, że to dwie różne fikcje - teatr i film. Ale przecież teatr musicalowy zna tysiące sposobów na wyrażenie prawdy walczącego człowieka - w geście, w słowie, w ekspresji ciała-znaku. A my oglądamy statyczny teatr tańca, uciekający od realności musical niemal doszczętnie odarty z kontekstów, ze zderzeń ciał we wspólnej czasoprzestrzeni, którego bohaterowie niczym aktorzy rapsodyczni snują się po scenie.

Bawi niewiele postaci tej castingowej odpytywanki. Egzaltowana opowieść źle tańczącej Cassie (Bogna Woźniak), niegdysiejszej kochanki Zacka, szukającej wśród kumpli z chorus line wolności od przymusu rywalizacji. Wyznanie Sheili (Magdalena Wojnarowska), starzejącej się tancerki, która w szkole baletowej odnalazła dom. Ironiczna Val (Emilia Komarnicka), szydząca z okrutnej powierzchowności kultu piękna. Zaciekawia budowanie dystansu do tego rozpaplanego światka przez Zacha (Jakub Szydłowski).

A poza tym przez bite dwie godziny niemal zero seksu, namiętności, niewiele o kasie. Żadna prawda o nas. Słuchamy kilku markotnych piosenek, kilku lirycznych wyznań na poziomie pism poradnikowych, że praca bez miłości nie ma sensu, a bycie razem uszlachetnia. 70 minut czekamy na numer, który pulsuje rytmem, budzącym ciało widza do tańca. Więcej energii znajdziecie w kinowym "Mamma Mia!".

Musical Michaela Bennetta to dramaturgiczna i muzyczna ramota - nie ma w nim ani demaskacji, ani afirmacji. Puenty też właściwie nie ma, chyba że uznamy operetkowy finał za jakieś mrugnięcie okiem. Tylko że widzowie operetki już sobie odpuścili Capitol.

"A Chorus Line"
Michael Bennett,
reż. Mitzi Hamilton,
Prapremiera polska 3 października
Wrocławski Teatr Muzyczny Capitol