Wychodziłam za Donka śmiertelnie zakochana i przekonana, że mój mąż to prawie ideał. (...) I miłość, którą od niego dostawałam, ta nasza wspólna miłość, mnie po prostu uskrzydlała - tak Małgorzata Tusk pisze o pierwszym roku małżeństwa. I nie przeszkadzało temu, że mieszkali w wynajętym pokoju o powierzchni sześciu metrów kwadratowych. Że Donald Tusk zarabiał, pracując w stoczni, a ona szyła dla znajomych i uczyła dzieci w przedszkolu angielskiego. Oboje jednocześnie studiowali. Co innego sprawiło, że zaczęło się psuć.

Tak jest chyba zawsze na początku: jesteśmy mistrzami w ukrywaniu własnych wad i eksponowaniu zalet - szczególnie mężczyźni idealnie potrafią całymi tygodniami odgrywać rolę wzorowego partnera. Ale kiedy już kobietę zdobędą, zrzucają maskę i miesiąc miodowy zamienia się nieuchronnie w szarą codzienność. Po wzajemnym szalonym zauroczeniu zawsze następuje czas poznawania prawdy o sobie. Często okazuje się, że związaliśmy się tak naprawdę z innym człowiekiem, niż myśleliśmy. I trzeba się siebie uczyć na nowo.

Taką sytuacją było dla małżeństwa Tusków przyjście na świat ich pierwszego dziecka, które urodziło się w gorącym czasie początku lat 80. Wtedy, kiedy Donald Tusk biegał na manifestacje, wydawał "Przegląd Polityczny" i toczył ideowe spory na niezliczonych spotkaniach. W domu było go niewiele, a jego nieobecności - jak pisze autorka - bardziej wkurzały niż niepokoiły. Jej sytuacja wydaje się podobna do tego, co opisywała Danuta Wałęsa. Młoda Małgorzata Tusk, zamiast rzucić się w wir wydarzeń, przesiadywała w przychodniach z chorym co i rusz na zapalenie ucha małym Michałem. - Miałam wrażenie, że siedzę w głębokiej dziurze, z której nikt już nigdy mnie nie wyciągnie - pisze. 

I stało się. Żona premiera pisze, że dzięki miłości nie czuła się już tak zdominowana przez męża i jego świat. Ogłosiła, że odchodzi i zaczyna nowe życie. Od niechcenia rzuciła, że zostanie, jeśli Donald zdobędzie sanki, by zabrać na zimowy spacer syna. Ważne, by zachować kontakt - sanki były wtedy towarem deficytowym. A tymczasem następnego dnia pewny zwycięstwa przyszły premier stanął z drzwiach z nowiutkimi sankami w rękach. - No, tak... Ale... Donek, ja przecież żartowałam - odpowiedziała. Zmiękła, gdy nie odpuszczał i przesiadywał na korytarzu albo ławce pod domem, mimo mrozu, kilka dni. Siedział i czekał.

Najciekawsze było to, że kiedy już podjęłam decyzję, że zostaję z Donkiem, przestałam się skarżyć i użalać nad sobą. Ta historia mnie w pewien sposób oczyściła. Przestałam rozmyślać nad swoim nieszczęśliwym życiem.

Cukierkowo-romantyczne? Pewnie tak. Mdłe i przewidywalne? Być może. Z pewnością przysłuży się ocieplaniu wizerunku premiera, choć autorka wielokrotnie zapewniała, że gdyby to rzeczywiście był jej cel, książkę wydałaby przy okazji kampanii wyborczej a nie dwa lata przed głosowaniem. Trudno powiedzieć, ile w czasie pisania było autocenzury (bo co do tego, że była, nie ma wątpliwości), a na ile to, co jest w książce, wynikało z zamysłu. Małgorzacie Tusk udało się jednak napisać głównie o sobie - a to nie takie łatwe zwłaszcza, gdy jest się żoną polityka aktywnego od wielu dekad, do tego żoną pozostającą mocno w jego cieniu - mniejsza o to, czy czynione to jest z rozmysłem, czy nie. Jako że premierowa skupiła się na życiu prywatno-rodzinnym, dostajemy także szkic portretu jej męża - człowieka, który do polityki wszedł chyba trochę dla adrenaliny, czasem idącego na łatwiznę, ale i gotowego do poświęceń.

Wszystko to sprawia, że "Między nami" to książka "babska" - o pieluchach, sercowych kłopotach, matczynych strachach i pielęgnowaniu domowego ogniska. I o tym, jak w tym wszystkim mieć coś swojego, mimo braku stałej pracy. Tematy przyziemne, no ale przecież to żona premiera...

"Między nami" Małgorzata Tusk, wydawnictwo Znak, Kraków 2013