Anna Sobańda: Jak wiele teatrów odmówiło ci wystawienia sztuki "Polska krew"?

Przemysław Wojcieszek: Było parę miejsc, w których próbowałem, ale wszędzie słyszałem NIE. To było bardzo pouczające.

Czy głównym argumentem było to, że sztuka jest polityczna?

Tak, ponieważ tekst jest bardzo ryzykowny, zresztą jak wszystko, co teraz piszę. Z jednej strony jest radykalny, to chyba jedna z mocniejszych, jeśli nie najmocniejsza rzeczy jaką napisałem. Z drugiej strony, jest obrazoburczy i śmieszny, uderza we wszystkich, a to nie jest kombinacja, która się w tej chwili dobrze sprzedaje.

Dlaczego?

Ponieważ trwa wojna obecnej władzy z kulturą i wszystkie teatry są pod presją. Tymczasem ja, wszystkich, którym wysyłam ten tekst, zapraszam do tego, żeby wzięli w tej wojnie czynny udział. Jest to ryzykowne i niewiele jest miejsc, które chcą tak ryzykować. Teatr polityczny w Warszawie właściwie nie istnieje, trudno więc oczekiwać, żeby tekst o takim charakterze został przyjęty.

Czujesz się przez to artystą wyklętym?

Nie do końca, ponieważ pracuję z publicznymi teatrami. Wiosną zrobiłem spektakl w Legnicy, teraz będę robił kolejny w Wałbrzychu. Nie jest więc tak, że mogę liczyć tylko na off. W przypadku "Polskiej krwi" pomyślałem jednak, że jest to spektakl, który fajnie byłoby zrobić w Warszawie. Jestem bardzo ciekaw odbioru. Ten tekst dotyka kilku ważnych aktualnych spraw i to w nieoczywisty sposób, zastanawiam się też, czy ludzie zaakceptują taki radykalizm.

Nie boisz się, że odbije się to na twojej współpracy z teatrami publicznymi?

Nie sadzę, ponieważ wszyscy wiedzą, kogo biorą. Tak się składa, że dyrektorzy teatrów, z którymi pracowałem są bardzo twardymi zawodnikami, trudno jest ich wystraszyć. Wydaje mi się, że obecne represje wobec kultury w Polsce nie są jeszcze tak duże jak na Węgrzech czy w Turcji. Myślę, że ta sytuacja utrzyma się jeszcze przez 2 - 3 lata. Przez ten czas nie boję się więc o pracę, a później zobaczymy, może zajmę się hodowlą papryki. Póki co jest jeszcze kilka miejsc w Polsce, gdzie można opowiadać o tym, co się dzieje, w czym uczestniczymy, a moim zdaniem absolutnie trzeba o tym mówić.

Uważasz, że sztuka zaangażowana politycznie się odradza?

Ja bym bardzo chciał, żeby to odrodzenie nastąpiło, ale na razie tego nie widzę. Skończył się właśnie festiwal Nowe Horyzonty i moja obserwacja jest taka, że kino polskie jest eskapistyczne, nikt nie robi filmów o tym, co się w tej chwili dzieje w kraju. Zresztą trudno się dziwić, bo spora część widowni chce eskapizmu. W teatrze jest taka sama sytuacja. Ja nie widzę więc takiego ruchu.

Może artyści się boją?

Ale czego się boją? Że nie pojadą na wycieczkę do Hiszpanii? Przecież u nas nikt nie wsadza za to do więzienia. W Turcji czy w Rosji za zrobienie nieprawomyślnego filmu idzie się siedzieć, a w Polsce można co najwyżej stracić dotacje z PISFu i nie pojechać na zagraniczny festiwal. Jeśli mimo to ludzie się boją, to jest to zawstydzające i haniebne.

W swojej sztuce malujesz obraz młodej polskiej inteligencji. Jaka ona jest?

Jest to szyderczy tekst. Opisuje dwie pary młodych ludzi, jedną z prawej i jedną z lewej strony. Ich portret jest okrutny, ale niepozbawiony empatii. Jednocześnie przeprowadzamy klarowną myśl przez cały tekst, porównujemy obecnie rządzącą neosanację z sanacją z lat trzydziestych i mówimy o tym, przed jakimi zagrożeniami stoimy, co się może z nami stać jako ze społeczeństwem, do czego może doprowadzić obecny marsz w stronę autorytaryzmu. Ten tekst ma mocny przekaz polityczny, ale jednocześnie jest przewidziany jako komedia. Chcemy angażować widzów, chcemy, aby dobrze się bawili i dostali mocną, energetyczną pigułę. Ta kombinacja jest ryzykowna, bo przekraczamy granicę dobrego smaku. Mnie kręcą rzeczy bezczelne i niesmaczne, teatr ma być prowokacyjny, ma szokować i zmuszać do myślenia. Dyskurs polityczny jest obecnie martwy. Z jednej strony mamy inteligencję, która jest bezradna, neurotyczna i nieskuteczna w swoich działaniach. Z drugiej jest władza, która robi co chce i jest w tym bezwstydna i bezczelna. Pokazujemy społeczeństwo w stanie kryzysu.

Ale w spektaklu uderzasz w obie strony

Tak, w tym spektaklu poniżamy i biczujemy samych siebie. Może wobec siebie samego powinienem mieć mniej zastrzeżeń, bo w końcu zdecydowałem się o tym mówić. Wkurza mnie jednak to, że na nic nie mam wpływu. Wydaje mi się, że w tych postaciach jest prawda o tym, że z jednej strony jesteśmy zupełnie obojętni wobec tego, co się dzieje, czyli powolnego procesu ograniczania naszej wolności, albo podejmujemy działania, które są zupełnie nieskuteczne, są pewnego rodzaju pozą. Jedna z bohaterek sztuki mówi "Wy Polacy jesteście beznadziejni, bo zamiast tańczyć dla demokracji, to dla niej maszerujecie". Tak naprawdę przecież ci, którzy maszerują dla demokracji nie różnią się niczym od tych, którzy maszerują w kierunku państwa autorytarnego, ponieważ są równie smutni i chu...owi. Prowokujemy więc, a jednocześnie opowiadamy zwariowaną historię. Chodzi nam o to, by ludzie zaczęli tańczyć dla demokracji, a nie tylko dla niej maszerować, czy chodzić.

Nie boisz się tego, że uderzając w obie strony wszystkich po prostu wkurzysz?

Jak wszyscy się obrażą i nikt nie przyjdzie, to po prostu się zwiniemy i teatr padnie. Ja nie robię rzeczy, które kończą się tym, że wszyscy wstają i śpiewają hymn narodowy. Na końcu "Hymnu Narodowego" w Legnicy słychać kawałek Slayera. Sztuka musi być przewrotna, musi być zabawą, rodzajem kpiny podanej na wesoło. Dużo rzeczy w tatrze zrobiłem serio, ale siłą tego spektaklu jest to, że jest zabawny, a jednocześnie opowiada o bardzo poważnych sprawach, bo mówimy o przemocy Polaków wobec innych Polaków. Chcemy skłonić ludzi, by o tym pomyśleli i żeby to w nich zostało. Nie robię wykładu, czy kazania, chcę dostarczyć ludziom rozrywki.

Sami z siebie w ostatnim czasie raczej nie lubimy się śmiać, a ty próbujesz nas do tego sprowokować.

Byłoby fajnie, bo to zadęcie jest po prostu śmieszne. Tym bardziej, że wszyscy czują się świetnie w swoich rolach. Z jednej strony są demokraci, którzy są kompletnie nieskuteczni i porywają pojedyncze grupy społeczne. Jest skretyniała młoda lewica powtarzają utopijne lewackie hasła. Jest też pisowska prawica, która ma władzę, robi co chce i niszczy system i państwo. Sprzątania po nich będzie na kolejnych kilkanaście lat. Wszyscy są zadowoleni z miejsc, które zajęli i fajnie jest to rozpieprzać, prowokować do myślenia. Mam nadzieję, że temu spektaklowi się to uda.

Spektakl "Polska krew" można obejrzeć w Tatrze TrzyRzecze w Warszawie. Premiera odbędzie się 5 sierpnia o godz. 19.00. Klejne przedstawienia: 6, 18, 19 sierpnia