Film zaczyna się w konwencji kina akcji. Jest strzelanina, wybuch, sceny w więzieniu, tortury, ucieczka. Potem nagły zwrot i oglądamy kameralny dramat. Gra pan z odbiorcą?

Reklama

Jerzy Skolimowski: Lubię widza wodzić za nos. Ale lubię też, kiedy ktoś mnie w kinie zaskakuje, sugeruje wieloznaczne interpretacje. Zależało mi, żeby wstęp był enigmatyczny. Wiadomo tylko, że po jednej stronie mamy żołnierzy amerykańskiej armii, a po drugiej facetów w turbanach. Wojna, w której uczestniczą, jest anonimowa.
Zadałem sobie dużo trudu, żeby nie było jasne, czy bohater jest winny, czy nie. Mógł znaleźć się tam zupełnie przypadkowo, a mógł być częścią perfidnego planu zasadzki, o której nie wiemy.

Ale skojarzeń z tajnymi więzieniami CIA oraz wojną z Al-Kaidą pan nie uniknie.

Interpretację pozostawiam widzom. Dla mnie jest to współczesna, okrutna baśń o tym, jak człowiek zostaje sprowadzony do roli dzikiego zwierzęcia, które musi zabijać, żeby się uratować. Elementy, które mogłyby identyfikować miejsce i przyczyny konfliktu, nie interesują mnie, ale były konieczne, żeby widz wiedział, co spowodowało, że bohater znalazł się w tej strasznej sytuacji.

W scenie, w której zakrwawiony bohater odjeżdża na białym koniu, można się dopatrzyć symboliki narodowej.

Chodziło mi o coś innego. Myślałem w kategoriach estetycznych: biały śnieg, biały koń, czarny las i czerwona krew. Ale jeśli to dla kogoś niesie symbolikę narodową – niech będzie.

Cały wywiad czytaj w dzisiejszym wydaniu magazynu "Kultura", piątkowym dodatku do "Dziennika Gazety Prawnej"