To postać, z którą jestem sentymentalnie związana, przede wszystkim dlatego, że została stworzona przez mojego ojca. Emocjonalną więź z Mikołajkiem podkreśla
również historia spotkania moich rodziców: poczęli mnie ze względu na Mikołajka – jak więc go nie kochać? Rodzice poznali się w 1964 roku, w czasie rejsu. Mama była bardzo piękna
i od razu wpadła ojcu w oko. Tata próbował ją oczarować opowieściami o zawodzie pisarza. A ona nie miała pojęcia, kim jest Asterix, komiksu w życiu nie miała w rękach, o czytaniu czy
podziwianiu rysunków nie wspominając! Była więc, pomimo jego intensywnych zalotów, dość obojętna. Do czasu, bo w końcu ojciec dał jej w prezencie książkę z przygodami Mikołajka. Po jej
przeczytaniu uznała, że ten René Goscinny to jednak arcytalent, zakochała się i bardzo szybko wzięli ślub. A wkrótce ja przyszłam na świat. Mikołajek to geniusz, prawda?
Z dzisiejszej perspektywy Mikołajek to jedna z postaci, z którymi zetknęłam się jeszcze za życia ojca. Innych jego bohaterów, jak np. z Asteriksa, poznałam już po jego śmierci. Wiem, że
gdyby to nie mój ojciec ich wszystkich wymyślił, byłabym pewnie bardziej obiektywnym czytelnikiem, co jednak nie wyklucza silnego związku emocjonalnego. Wspominam do dziś wielu książkowych
bohaterów z czasów dzieciństwa i mam do nich niewyobrażalny sentyment, choć ojciec nie ma z nimi nic wspólnego. Autorka Sophie Rostophine rosyjskiego pochodzenia, a w szczególności jej
książka „Les malheurs de Sophie” („Nieszczęścia Sophie”), towarzyszyła mi przez całe niemal dzieciństwo. Gdy byłam już starsza, nie mogłam się
nasycić twórczością Aleksandra Dumasa oraz Alberta Cohena – do jego „Gwoździojada” zresztą wciąż regularnie wracam.
Tu chciałabym koniecznie wspomnieć o dwóch sprawach. Po pierwsze, sformułowanie „nieznane przygody” nie oznacza, że one nigdy dotąd nie ujrzały światła dziennego. Chodzi
o to, że teraz po raz pierwszy ukazują się w formie książkowej. Niektóre z nich były publikowane na łamach niedzielnego wydania francuskiego dziennika Sud Ouest. Po drugie, te spośród
historii, które ujrzały światło dzienne, nie miały obrazków. Fakt, że Jean-Jacques Sempé wyraził zgodę na ich zilustrowanie, stał się główną siłą napędową opublikowania ich w
tomie, który ukazuje się na 50. urodziny Mikołajka. I 30 lat po śmierci mojego ojca.
Dokładnie. Zdarzało się, że pytano mnie, czy trudno było Sempégo do tego namówić. Ależ skąd! Gdy przeczytał te opowiadania, sprawiły mu wiele sentymentalnej radości, ale też po prostu
nieźle się przy nich ubawił. Od razu zaproponował stworzenie do nich ilustracji. Niczego mu też nie sugerowałam - nie miałam śmiałości ingerować w rzecz tak kultową. Wręczyłam mu tylko
manuskrypty, a on po krótkim czasie pokazał mi ilustracje. Sam zdecydował się na kolor - po prostu użył akwareli. Gdy po raz pierwszy je zobaczyłam, absolutnie wzruszyła mnie ich poetycka
delikatność, która przez nie przebija. Gdy dokładniej się przyjrzeć „nowemu” Mikołajkowi, widać od razu, że jest on jedna trochę starszy (choć naturalnie wciąż nie
wygląda na swoje 50 lat) i nieco bardziej melancholijny, w końcu zebrał już sporo życiowych doświadczeń. Nie wiem czy Sempé namalował go w ten sposoób celowo czy przez przypadek. Ważne
jest jedno – poczucie, że Mikołajek to od półwiecza ta sama postać, która jest częścią historii. I to się nigdy nie zmieni. Na pamiątkę zachowałam jeden ze szkiców Sempégo. W
zasadzie jest to nietypowa praca - karta, na której wycierał pędzle, by zmienić kolor farby. Jak nietrudno się domyślać, w moich oczach to dodaje jej jeszcze wartości.
Wybrałam reżysera, którym został twórca „Zakochanego Moliera” Laurent Tirard, a także scenarzystów i producentów. Jakiekolwiek błedy były wykluczone, w końcu
Mikołajkowi się tego nie robi. W ferworze dyskusji łatwo ulec sugestiom, a niektórych decyzji, niestety, cofnąć się potem nie da. Film ostatecznie się udał, choć wszędzie czyhało wiele
zagrożeń: historyjki z życia Mikołajka, zabawne i krótkie, sklejone w pełnometrażową narrację wcale nie musiały się ułożyć w fajną całość. Wręcz przeciwnie, miały duże szanse, by
stać się chaotycznym kolażem, ale nie ciepłym, familijnym filmem z figlarną nutą. Na szczęście udało się osadzić akcję wokół centralnej historii i tym samym uzyskać ogromną
spójność, którą we Francji doceniło ponad cztery miliony widzów.
W filmie Mikołajek jest przekonany, że jego mama spodziewa się dziecka. Ma obsesję, że wraz z pojawieniem się braciszka rodzice w ogóle przestaną się nim interesować i najpewniej porzucą go w lesie. Gdy na dodatek po jakimś czasie okazuje się, że zamiast brata będzie siostra, to proszę sobie wyobrazić jego rozczarowanie. A to dopiero początek historii. O sukcesy Mikołajka jestem spokojna – bohater, który żyje nawet po śmierci swojego twórcy, z pewnością przetrwa jeszcze więcej niż kolejne 50 lat. To nie jest przypadek Harry'ego Pottera – wielkiego, acz względnie krótkotrwałego szaleństwa na punkcie czarodzieja, o którym powoli zaczynamy zapominać. Nawiasem mówiąc, polskie wydania przygód Mikołajka bardzo mi się podobają - są bardziej udane niż francuskie, tworzą przepiękną serię. Jeśli na francuskim rynku pojawi się kiedyś reedycja tych opowieści, będę pokazywać polskie wydania za wzór!
Nie noszą jego nazwiska, więc presja nie jest duża i nikt nie każe im się z niczego tłumaczyć. Raczej nie do końca dostrzegają bezpośredni związek między tym, że historyjki, które je
dziś bawią, wiele lat temu wyszły spod pióra ich dziadka.
Jedna jest historią o adwokacie, który po godzinach prowadzi praktykę jako psychoanalityk – staram się pokazać, jak bardzo przenikają się oba te zawody. Druga powieść to dzieje
choroby mojej mamy – personifikuję w tej książce raka jako członka rodziny. Trzecia z kolei dotyczy trudności, jakie przeżywa nastolatka w kontekście konstruowania obrazu swojego
ojca i procesu przekładania się tych wyobrażeń na jej relacje z mężczyznami. Nie ma tu chyba ewidentnego nacisku na humor, ale uważny czytelnik dostrzeże ironiczne nuty. Książki ukazały
się już w Korei i Brazylii – może teraz czas na Polskę?