Dziennik Gazeta Prawana logo

Produkt optymistyczny

12 października 2007, 16:18
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Popularnonaukowe eseje Malcolma Gladwella uznano niemal za prawdę objawioną chyba dlatego, że łatwo przekładają się na gotówkę. Ale czy tego rodzaju wiedza może uczynić nas lepszymi ludźmi?

Jeszcze 10 lat temu kanadyjski dziennikarz Malcolm Gladwell był niezbyt znanym freelancerem piszącym o biznesie i nauce do różnych amerykańskich gazet. Dziś jest guru - za pojedynczy wykład inkasuje 40 tysięcy dolarów, terminami, które ukuł, przerzucają się specjaliści od marketingu i zarządzania, jego książki sprzedano w łącznym nakładzie paru milionów egzemplarzy. Sam Gladwell stał się rozchwytywanym ulubieńcem korporacji. Biją się o niego Google, Microsoft, Coca-Cola, Hewlett-Packard i inne giganty współczesnej gospodarki.

Metoda pisarska Gladwella jest tyleż prosta, co błyskotliwa - chodzi o to, by uprościć naukowe teorie do paru słów kluczy i dobrać odpowiedni, efektowny zestaw przykładów z możliwie różnorodnych dziedzin. Tekst sprawia w ten sposób wrażenie uniwersalnego, trudnego do podważenia. Trzeba przyznać Kanadyjczykowi, że posiada rzadki dar poruszania tematów gorących i bliskich każdemu człowiekowi - interesują go wszelkiego rodzaju iluzje, a przecież nic nas tak nie porusza, jak sensacyjna wiedza o tym, że świat jest inny, niż nam się zdawało. W pierwszej książce "Punkt przełomowy" poddał reporterskiej analizie zjawisko społecznych epidemii, błyskawicznego rozprzestrzeniania się pewnych mód i wzorców zachowań. Do historii literatury popularnonaukowej przejdzie z pewnością zamieszczony tam esej o "Ulicy Sezamkowej" jako przykładzie na zaraźliwą "przyczepność" przekazu telewizyjnego.

W "Błysku" interesuje go natomiast zjawisko przedświadomej intuicji jako mechanizmu trafnego podejmowania decyzji. Teza jest prosta: racjonalna analiza często prowadzi nas na manowce, często też ulegamy mechanizmowi samooszukiwania się w kwestii rzeczywistych motywów działań. To, co nazywamy zdrowym rozsądkiem, bywa zbiorem mylnych stereotypów. Tymczasem dysponujemy wspaniałym instrumentem błyskawicznej, spontanicznej oceny sytuacji - jest nim nasz umysł.

Rzecz w tym jednak, że Gladwell sprzedaje produkt nie całkiem świeży, choć umie go elegancko i błyskotliwie opakować. Teorie związane z epidemiologią społeczną i momentami progowymi w masowych zachowaniach funkcjonują w ekonomii i socjologii od wczesnych lat 70., analiza konwersacyjna to czasy jeszcze o dekadę wcześniejsze, badania nieświadomości związane z modularną teorią umysłu i psychologią ewolucyjną rozwijają się z powodzeniem od blisko 20 lat. W dodatku większość tych wyjaśnień funkcjonuje wbrew potocznej wiedzy, czyli niczym się w gruncie nie różni od specjałów przyrządzonych przez Kanadyjczyka.

"On próbuje przekonać ludzi, że to nie naukowcy robią mnóstwo ciekawych rzeczy, ale że Malcolm Gladwell wpadł na parę fajnych pomysłów" - pisał Thomas Schelling, noblista, jeden z prekursorów badań nad "punktami przełomowymi". Krótko mówiąc, sukces Gladwella należy rozpatrywać raczej w kategoriach fenomenu masowej kultury, podobnego do tych, które sam przedstawił w swojej książce - książek, programów telewizyjnych, butów do skateboardingu. To naprawdę dobrze zaprojektowany produkt, tłusto podlany amerykańskim optymizmem.

"Gladwellomania" dowodzi ponadto, że wielcy tego świata chwytają się nauki jak pijany latarni - wtedy, kiedy się nawinie. Za niezwykle użyteczną korporacje uznały wiedzę, która istniała w obiegu akademickim od 30 lat. Dopiero, gdy podano ją na talerzu, w formie uproszczonej i przetrawionej, zyskała uznanie i poklask.

Inne pytanie dotyczy sensowności praktycznego stosowania odkryć, o których pisze Gladwell. Triumf "Punktu przełomowego" i "Błysku" dlatego był tak spektakularny, że przekłada się na bezpośrednie życiowe rozwiązania. Niestety, sprowadzają się one w dużej mierze do zwiększenia efektywności sprzedaży produktów i usług, a więc do skuteczniejszej manipulacji klientem. Oczywiście, nie warto wylewać krokodylich łez nad utraconą niewinnością nauki, choć nie umieram też ze szczęścia z tej przyczyny, że ktoś wnikliwie rozpracował moją mimikę podczas sobotniej wizyty w supermarkecie.

Jeszcze bardziej kuriozalne wydają się konsekwencje opisywanych przez Gladwella badań nad stylami małżeńskiej konwersacji, na podstawie których można z blisko stuprocentową pewnością orzec, czy dane małżeństwo rozpadnie się w ciągu najbliższych paru lat. Po co nam tego rodzaju wiedza? Człowiek to nie robot. Ma nad maszyną i zwierzęciem tę przewagę, że potrafi gromadzić doświadczenie, budować narracje o własnym życiu, zmieniać się i dostosowywać, a poczucie sensu życia jest kształtowane na równi przez radość i ból, zwycięstwa i porażki.

Trafność bądź nietrafność naukowych przewidywań nie ma tu nic do rzeczy. Chyba że chodzi o sytuację, gdy próbuje się ludziom sprzedać poczucie permanentnego szczęścia. W świecie, w którym nauka dostarcza ludziom poznawczej pewności i zadowolenia, nie ma już miejsca na sztukę, religię, empatię. Można powiedzieć nawet więcej - to pewna forma totalitaryzmu, nie pozostawia bowiem możliwości wyboru, a przecież "każdy ma prawo wybrać źle".

"Błysk! Potęga przeczucia"
Malcolm Gladwell, przeł. Anna Skucińska
Znak 2007

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj