Śledząc coraz rzadsze ostatnio publiczne występy Bergmana, trudno nie odnieść wrażenia, że 89-letni twórca, definitywnie porzuciwszy reżyserię filmową, zerwawszy z teatrem, w swej samotni na wyspie Farö reżyseruje dziś epilog własnego życia. Własne pożegnanie i rozliczenie ze światem. Bergman zdążył nas przyzwyczaić do swego ekshibicjonizmu.

Reklama

W "Scenach z życia małżeńskiego", w scenariuszu "Wiarołomnych", w dziennikach wyspowiadał się ze swoich czterech małżeństw, licznych zdrad i romansów, głodu miłości. Szczerze i do końca. Ale o piątej, ostatniej żonie Ingrid Von Rosen pisał mało, poprzestając na wyznaniach o łączącym go z nią duchowym porozumieniu. Zadedykował Ingrid swój ostatni jak dotąd film "Sarabandę" (2003), a zaraz potem zdecydował się wydać "Trzy dzienniki" ("Tre dagböcker").

I tutaj odsłonił się bez reszty. Ta książka to wstrząsający dokument o umieraniu. Pisane dzień po dniu - od 10 października 1994 do 20 maja 1995 roku - osobiste diariusze umierającej Ingrid, Bergmana i ich córki Marii składają się na przejmujący zapis epilogu rodzinnego dramatu ze "Scen życia małżeńskiego", przypominając zarazem "Szepty i krzyki", gdzie chora na raka również prowadziła dziennik choroby. Bergman nie ma litości. Ani dla siebie, ani dla innych. Przyznaje się do wszystkiego: do egoizmu, tchórzostwa, strachu, rozpaczy, bezradności. I do niedojrzałości zramolałego 76-letniego (wtedy) gówniarza, jak sam siebie nazywa.

To książka rozpaczliwa, przesycona bólem, topniejącą stopniowo nadzieją, litowaniem się nad samym sobą, żalem do świata, złością na najbliższych. Podana w całej surowej, pozbawionej redakcji autentyczności naprawdę wstrząsa. Ale i koi. Jak jego filmy daje nadzieję. Bo jest również świadectwem wielkiej miłości. Świadectwem wybuchów krwawiącego serca i zapisem miłości codziennej - ostatnich chwil wspólnego szczęścia spędzanych w łóżku, przed telewizorem, na koncertach, rodzinnych wizytach.

Trudno się obronić przed tą książką, zdystansować wobec jej bolesnej szczerości. Bergman tak ma. Łowi nas w trujące sieci i zmusza do wysłuchania spowiedzi - własnej i najbliższych - do końca. Bez rozgrzeszenia. Za to z poczuciem współuczestnictwa w wielkim dramacie, ale i wielkim pięknie uczucia silniejszego niż czas i śmierć. Tego się nie da wyreżyserować.


"Trzy dzienniki"
Ingmar Bergman, Ingrid Von Rosen, Maria Von Rosen
przeł. Tadeusz Szczepański

Słowo/obraz Terytoria 2007