Aż się prosi, by porównać sensacyjny debiut 19-letniej w chwili wydania książki w Japonii pisarki do innej debiutantki sprzed półwiecza. W 1954 roku 18-letnia wówczas Francoise Sagan opublikowała swoją pierwszą powieść "Witaj smutku". Francja zawrzała. Książkę odczytano jako ostentacyjny manifest immoralizmu, wstrząsający obraz kryzysu ideowego i obyczajowego. Tymczasem, gdyby porównać Sagankę do Kanehary, "Witaj smutku" jest jak pistolet na kapiszony wobec ciężkiej artylerii.

Reklama

Swoimi "Językami i kolczykami" Kanehara wywołała burzę w Japonii. Książka rozeszła się w milionie egzemplarzy i zgarnęła najważniejszą tamtejszą nagrodę literacką im. Ryonosuke Akutagawy.

Reakcja nie zaskakuje, bo powieść odbiera się w kategoriach skrajnych. Można być nią zafascynowanym albo oburzonym. Należę do tej pierwszej grupy. Często słyszy się głosy, że książki drapieżne, epatujące ostrym językiem są złe, bo obliczone na efekt. Takie twierdzenie jest absurdem. To jakby zmuszać Wojaczka, żeby pisał jak Norwid. Rzecz przecież w tym, co się chce powiedzieć i czy się potrafi: umiejętnie zastosowane, korespondujące z treścią, drastyczne środki, są jak najbardziej usprawiedliwione.

Tak właśnie rzecz wygląda w "Językach i kolczykach" Kanehary. Nie ma tu grama sztuczności. To konsekwentna, choć szokująca wizja świata. Opowieść 19-latki Lui, tak zwanego "freetera" - człowieka imającego się różnych dorywczych prac, jest szczególnym manifestem nihilizmu. Żyjąca w "zwykłej pustce" bohaterka zna dwa uczucia: wstręt i nienawiść. Swój czas poświęca brutalnym praktykom seksualnym z dwoma kochankami: nastoletnim Amą o widlastym języku, człowiekiem-smokiem, który zaraża ją miłością do piercingu, oraz nieco starszym Shibą, mistrzem tatuażu i właścicielem, jak to określa Lui, "sklepu dla zboczeńców". On właśnie zamierza doprowadzić do tego, by dziewczyna osiągnęła pełnię masochistycznego zadowolenia i uformowała swoje ciało zgodnie z własnym, perwersyjnym życzeniem.

Dzikość i choroba - ale fascynująca, zapisana dalekim od egzaltacji, choć brutalnym językiem. W drapieżności i upodobaniu do pełnych okrucieństwa wizji, młoda Japonka przypomina Borisa Viana. Kiedy prowadzi swoją bohaterkę przez mroczne światy różnych perwersyjnych osobników, którym należałoby zalecić rozpoznanie psychiatryczne, możemy mieć pewność, że - jak często u francuskiego pisarza - skończy się to zbrodnią.

Oczywiście narracyjna brawura pisarki i wstrząsająca bezkompromisowość ideologiczna wynika z wieku, i to też się czuje. W przeciwieństwie jednak do wielu autorów metrykalnie jej bliskich, Kanehara naprawdę ma coś do powiedzenia. Przy całej masie książek głoszących tanie hasła w rodzaju "precz z ideałami, życie to syf", "Języki i kolczyki" są jak huk rewolweru. W tym tkwi siła młodej autorki. Bodajże Gombrowicz powiedział, że w młodości każdy jest podpalaczem, a gdy dojrzeje - strażakiem. Mam nadzieję, że Kanehara nigdy nie włoży munduru.


"Języki i kolczyki"
Hitomi Kanehara, przeł. Witold Nowakowski, Albatros 2007