W każdym akapicie tekstów Schulza życie wybucha intensywnością, wyobraźnią, fantazją, koszmarem. Znam bardzo niewielu pisarzy, którzy potrafili stworzyć własny wymiar
rzeczywistości - Bruno Schulz jest jednym z nich.
Kto wie? Możemy tylko spekulować i jestem pewien, że nie udało mi się tego zgadnąć. Ale Schulz wzbudza w nas mocne pragnienie odgadnięcia, co naprawdę było treścią
"Mesjasza". Głównym celem pisarza - celem absolutnie podstawowym - jest opowiedzenie dobrej historii. Dopiero w drugiej kolejności liczy się sposób, w jaki ją opowiemy.
Myślę, że taka była twórcza motywacja Brunona Schulza.
W jego pisarstwie język i styl same w sobie są protagonistami, postaciami - bardziej niż u innych pisarzy. Kiedy czytamy Schulza, chodzi nie tylko o opowiadaną historię. Czujemy, że moglibyśmy
zapragnąć osiągnąć w życiu więcej, że życie wykracza ponad to, co zwykliśmy widzieć. W tym sensie estetyka Schulza staje się również postulatem moralnym, a nawet propozycją etyczną,
żeby szukać czegoś lepszego, żeby schodzić głębiej.
Urodziłem się w 1954 roku, czyli tylko dziewięć lat po Zagładzie. Moja generacja dorastała w gęstej ciszy. Dla pokolenia naszych rodziców było to dręczące wspomnienie, także wspomnienie
upokorzenia. Nie chcieli patrzeć wstecz. Powinno się pamiętać, że wtedy Izrael próbował się odrodzić z prochów Shoah, stać się nowym państwem. Ale, oczywiście, promieniowanie tej traumy
było nieustannie, milcząco obecne. Pamiętam z dzieciństwa noce, kiedy ludzie z sąsiednich domów wykrzykiwali swoje koszmary po polsku, po niemiecku. Pamiętam ludzi z numerami wytatuowanymi na
ramionach. Baliśmy się ich. Próbowaliśmy zrozumieć, co tam się stało. Nikt nam nie chciał nic powiedzieć. Trzeba było wielu lat, by Izraelczycy zaczęli mówić o Shoah i spróbowali się
zmierzyć z przeszłością.
Tak, ma pan rację. Użyłem różnych stylów. Czułem, że częścią wysiłku związanego z moją książką jest próba sprawdzenia, czy istnieje sposób zmierzenia się z Shoah na drodze
artystycznej. W książce pojawiają się cztery różne style. Właściwie było ich pięć, ale wyrzuciłem piątą część. Czułem, że cztery próby napisania o Shoah wystarczą, żeby
pokazać, że tego nie da się zrobić. Od dzieciństwa wiedziałem, że zostanę pisarzem i wiedziałem też, że napiszę o Shoah. Czułem, że nie będę w stanie zrozumieć swojego życia tutaj,
w Izraelu - jako Izraelczyka, jako Żyda, jako ojca, jako pisarza - jeśli nie przeżyję swojego nigdy nieprzeżytego życia tam, w czasie Shoah. Jeśli nie spróbuję postawić siebie tam, poprzez
literaturę oczywiście, jako Żyda, ale też jako jednego ze zbrodniarzy.
Próbą zrozumienia tego, czego zrozumieć się nie da, co jednak wciąż trzeba próbować zrozumieć. Nie mógłbym dalej żyć, gdybym nie podjął takiego wysiłku. To bolesne doświadczenie.
Pamiętam, że mój najstarszy syn usłyszał o Shoah, kiedy miał trzy lata. Przyszedł z przedszkola, był zszokowany. Spytał mnie: "Co to było? Dlaczego oni to zrobili i dlaczego
zrobili to nam?". Nagle zdał sobie sprawę z tragicznego elementu bycia Żydem. Chciał wiedzieć dużo, chciał, żebym mu powiedział, co zrobili naziści. Poczułem, że nie mogę tego
zrobić. Kiedy mały chłopiec dowie się, do czego zdolny jest człowiek, już nigdy nie będzie tym samym dzieckiem. Być może nie będzie już w ogóle dzieckiem, kiedy te straszne rzeczy dotrą
do jego umysłu. Nagle znalazłem się w sytuacji rodziców Momika, którzy nie chcieli mu nic opowiedzieć. Wtedy dopiero naprawdę zrozumiałem, dlaczego dla poprzedniej generacji tak trudne było
opowiedzenie nam o Shoah.
Moi rodzice nie przeszli przez Shoah. Ojciec przybył do Palestyny w 1936 roku, a matka się tutaj się urodziła. Ale po publikacji książki ludzie myśleli, że jestem synem tych, którzy
przeżyli Zagładę. W pewien sposób jednak wszyscy byliśmy dziećmi ocalonych, cały kraj był krajem ocalonym. Panowała atmosfera strachu i szoku. Ten nastrój lęku panuje w Izraelu do dziś.
Myślę, że Shoah zdefiniował wiele form zachowań dla Izraelczyków jako istot ludzkich, dla Żydów na całym świecie. Kiedy Żydzi mówią o Shoah, w jakimkolwiek języku - po hebrajsku, po
polsku, w jidysz - mówią o tym, co stało się Tam. Kiedy nie-Żydzi mówią o Shoah, mówią o tym, co stało się Wtedy. Istnieje wielka różnica między "Tam", a
"Wtedy". "Wtedy" oznacza, że to już się skończyło. "Tam" znaczy, że gdzieś, w naszym życiu, wciąż istnieje taka możliwość.
Czytałem bardzo dużo o Zagładzie. Inspirowało mnie tak wielu ludzi. Ci, którzy o tym pisali, ale też ci, którzy o Holocauście nie pisali, ale pokazali mi, jak tworzyć. Bruno Schulz jest
jednym z nich, choć o Shoah nic nie napisał. Opowieść o okolicznościach jego śmierci poznałem już po lekturze wszystkich jego książek. To był dla mnie szok, ta sprzeczność pomiędzy
bogactwem tej prozy a sposobem, w jaki został zamordowany, w ramach sztubackiej zemsty. Istnieje anegdota…
A drugi mówi: "Dobrze. To teraz ja zabiję twojego". Prawdopodobnie nie jest to prawdziwa historia, ale anegdota. Jednak anegdoty istnieją, ponieważ pasują do ludzi, o których
opowiadają. Myślę, że ta doskonale ukazuje paradoksalny związek między twórczością Brunona Schulza a jego życiem. I w ogóle paradoksy ludzkiego losu.
To zawsze było moje marzenie. Przez lata walczyłem o pokój między nami a Palestyną. Zapewne zna pan moją osobistą historię, straciłem syna w wojnie. Dlatego ta refleksja staje dla mnie coraz
bardziej gorzka i intymna. Spoglądam na historię ludzkości i myślę, że nigdy nie było choćby jednego dnia bez wojny. Nie jestem więc zbyt optymistyczny, jeśli chodzi o to marzenie. Nie
chciałbym jednak poddać się pokusie nienawiści i zaprzestania wiary w ludzkość. Jeśli próbujesz dotrzeć do lepszej części człowieka, zawsze będziesz zaskoczony, jak wielki ładunek
dobrej woli można uwolnić. Ludzie tęsknią za pozytywnymi uczuciami. Trudno jest być cały czas podejrzliwym, cały czas nienawidzić, cały czas być wojownikiem. Jeśli całe życie jesteś
wojownikiem, stopniowo zapominasz, że może być inna możliwość, że może dla ciebie istnieć inna rzeczywistość.