Dziennik Gazeta Prawana logo

Prawa nie ma. Jest prawo dżungli

11 lipca 2008, 18:43
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Prawa nie ma. Jest prawo dżungli
Inne
„Prawo McGoverna” to nietypowy spektakl. Niewinni czarodzieje to nietypowy zespół teatralny. Opowiadają o tym Zbigniew i Tytus Hołdysowie

W jakimś sensie tak. Pomyślałem nawet, że świetnym hasłem reklamowym promującym premierę sztuki będzie „Dramat Hołdysa” (śmiech).

ZH: Bo jest to thriller. Ale nie chcę zdradzać przebiegu akcji. Mogę powiedzieć tylko tyle, że sztuka zaczyna się od takiej sytuacji: młody chłopak siedzi w piwnicy przy stole i trzyma w ręku sznurek, którego drugi koniec jest przyczepiony do ładunku semteksu przyklejonego do czoła pewnego prawnika. Pociągnie czy nie? I dlaczego do tego doszło?

ZH: Nazwiska znanych polskich adwokatów budują dość konkretne inne konotacje i skojarzenia. A mnie zależało na ogólnym opisie współczesności. Mam wrażenie, że dzisiejsi prawnicy korporacji to armia cyników, którzy potrafią powiedzieć „daj mi człowieka a wykończę go wedle twoich oczekiwań”. Ja takich poznałem. Zjawili się dopiero w kapitalizmie, kiedy pieniądze pomogły im rozwinąć skrzydła i zademonstrować swoją bezwzględność. Takie myślenie o sprawiedliwości to wzór zaczerpnięty z USA. Załóżmy więc, że McGovern pracuje dla wielkiej międzynarodowej korporacji o amerykańskich korzeniach.

ZH: Tak. Ale jest też film „Dwunastu gniewnych ludzi” o zawodności prawa i systemu sprawiedliwości opartego na spisanym prawie.

ZH: Moim zdaniem prawa tak naprawdę nie ma. Ono jest tylko napisane. Człowiek jest genialnym cwaniakiem – wymyśla prawo po to, żeby był porządek, a potem robi z nim, co chce, i szuka w nim luk. To nie jest więc prawo ideowe, tworzone w demokracji, ale prawo dżungli. Jednak „Prawo McGoverna” mówi nie o systemie prawnym jako takim, ale o naturze człowieka.

ZH: O cynizmie. O bezwzględności. O strachu. O kłamstwie. O tym wszystkim, co dzieje się z człowiekiem postawionym w ekstremalnej sytuacji. Zadajemy pytania: kto jest naprawdę sprawiedliwy i kto jest naprawdę winny, a kto nie. Kiedy bohaterem jest prawnik i mówi to, co mówi – to widać wszystko jaskrawo.

Zalew brutalności, okrucieństwa, epatowania seksualnością w reklamie, filmach czy grach komputerowych pozbawia niewinności nawet dzieci. Chodzi o bycie na kontrze do współczesnej popkultury, do tego, wobec czego się znieczuliliśmy.

TH: Jest nas w zespole trzech – ja, Tomek Solich i Kamil Dąbrowski. To nasz pierwszy spektakl.

TH: To, co jest nam bliskie, to metoda Actor’s Studio. Chcemy być jak najbardziej autentyczni w swoich rolach. Jak grasz rolę bandyty, to musisz się mentalnie nim stać, a nie go grać, oczywiście na te półtorej godziny. Dużo czasu spędziliśmy na budowaniu postaci, dopracowywaniu szczegółów, poznawaniu ludzkiego charakteru. Dążymy do prawdy, do tego abyśmy bardziej „byli“ niż „grali“.

ZH: Ale to była inna sytuacja. Chodziło o zmianę złej atmosfery w szkole Tytusa. Po to, by zintegrować dzieciaki wokół jakiejś idei, wspólnej pracy, żeby nie tkwiły w niszczeniu samych siebie, w agresji, przetłumaczyłem ten tekst. A licealiści go wyreżyserowali i wystawili.

TH: „Pif Paf” powstał po wydarzeniach w amerykańskich szkołach, kiedy uczniowie zamordowali strzałami z broni maszynowej wielu swoich kolegów. Podobnie jak my, William Mastrosimone postanowił zareagować na szkolną przemoc. Napisał sztukę z prośbą, by zagrano ją w szkole jego córki, gdzie doszło do takiego masowego zabójstwa. Od tamtej pory przedstawienie stało się symbolem walki z agresją na amerykańskich uczelniach.

TH: Już nie. Ludzie zawsze cokolwiek bym nie zrobił „to ten syn Hołdysa”. Jestem już odporny, przygotowany na to, że ktoś powie „o, gra w sztuce, którą mu ojciec napisał”. Ale by zachować higienę pracy, zacząłem o nim mówić „Zbyszek”.

ZH: To nie jest relacja ojca z synem, to jest relacja producenta z aktorem. Wysyłam do niego komunikaty SMS-em, nawet gdy siedzi w pokoju obok. To bardzo nieokiełznany pracownik.

ZH: Nie miałem takiej myśli przez sekundę. Oczywiście kiedy usłyszałem tę wiadomość w radio, pomyślałem, że to jest jakiś ponury sen. A potem zdarzyło się coś niesamowitego. Zadzwonili różni ludzie i mówili, że sztukę trzeba koniecznie wystawić. Że to się należy Piotrowi i jego pracy. Odezwali się reżyserzy, którzy zadeklarowali nam pomoc i to anonimowo, bez nazwisk na plakacie. Stało się jasne, że musimy to zrobić. Aktorzy właśnie zrobili notatki, zapisali wszystkie zapamiętane uwagi Piotra, by wedle tych uwag poprowadzić dalej próby. Spektakl będzie owocem pracy Piotra.

TH: Dokończyć jego dzieło pomaga nam Maciek Kowalewski z Teatru na Woli. Robimy to dla Piotra.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj