Tadeusz Huk: Nie wiem, czy wszyscy, ale większość. „Trylogia” była jedną z ulubionych lektur również mojego dzieciństwa. Na tych samych prawach entuzjazmowałem się
„Panem Wołodyjowskim”, co „Trzema muszkieterami” Dumasa czy „Winnetou” Maya.
Zwłaszcza „Pan Wołodyjowski” i „Potop” na trwałe wpisały się w naszą świadomość jako idealny wzorzec kina kostiumowego w wydaniu popularnym. Dopiero
dzisiaj - pracując w Starym Teatrze nad adaptacją Sienkiewicza - dostrzegam różnice dzielące materiał filmowy od literackiego. Na przykład postać Radziwiłła jest u Sienkiewicza o wiele
bardziej skomplikowana i niejednoznaczna niż w wizji Hoffmana. Podobnych tropów znajdziemy wiele.
W całości - nie, ale wizja Jana Klaty polega na pomysłowym przetworzeniu fragmentów „Trylogii” w atrakcyjną całość. „Zawsze fragment” - przypomina mi
się szlagwort Różewicza: to w końcu tylko fragmenty, drobiazgi, okruchy decydują o sednie sprawy, które i tak - czy to w życiu, czy w sztuce - jest z reguły niemożliwe do uchwycenia.
Po 120 latach od pierwszego wydania!
Mnie się ta praca szalenie podoba. Klata, wykorzystując Sienkiewicza i jego uwodzicielską frazę, chce pokazywać fenomen wiecznej polskiej siermięgi. Tych wszystkich cudownych bogobojnych
frazesów, myślowych oleodruczków, z których nic szczególnego nie wynika ponad to, że nieustannie widzimy samych wrogów, stale ktoś na nas napada: Szwedzi albo Rosjanie. Tymczasem polska wojna
to z reguły tylko roztrzepana wojenka w naszych głowach. Czując się wybrańcami losu, wybrańcami Boga, na własne życzenie wybieramy status drugoligowych zakompleksionych graczy w europejskim
teamie.
Byli do siebie podobni przy wszystkich możliwych przeciwieństwach. Przecież język Gombrowicza to czysty Sienkiewicz przemielony przez tryby ironii i szyderstwa. W każdym razie powinno się ich
czytać razem. Sienkiewicza – Gombrowiczem i odwrotnie.
Zarażająca lektura. Chociaż mam dzisiaj do Sienkiewcza stosunek zdecydowanie ambiwalentny, uważam że niewielu było u nas równie utalentowanych „pierwszorzędnych pisarzy
drugorzędnych”.
Mam wrażenie, że Klata również czyta Sienkiewicza Gombrowiczem. W tym zaskakującym hybrydalnym spektaklu będzie mocny wydźwięk ironiczny – stymulowany zaskakującą oprawą
muzyczną, scenografią, ale również poszczególnymi rozwiązaniami inscenizacyjnymi.
Zawodowiec. Jest skupiony, uśmiechnięty, nie denerwuje się. Przy tym bardzo oczytany, dowcipny: same zalety.
Od księdza Kamińskiego przez Rocha Kowalskiego po Nowowiejskiego. Ruch w interesie.
Zawsze interesował mnie dobry teatr: bez metrykalnych podziałów. Nie mam kłopotów z akceptacją nowych form pracy związanych z użyciem odmiennej estetyki. Myślę, że trudniej radzi sobie z
tym ta część publiczności, która przez lata przyzwyczaiła się do tradycyjnego teatru z jasno zdefiniowanymi regułami gry – czym jest adaptacja, gdzie jest w przedstawieniu miejsce
dla autora, aktora i widza. Młody teatr rozsadza wszelkie podziały. Jeżeli za tą rewolucją formalną podąża myśl albo chociaż błyskotliwa intuicja reżyserska, nie mam nic przeciwko takim
zabiegom.
Można nazwać to w taki sposób, ale można potraktować inaczej: jako szansę na zaprezentowanie zupełnie innych środków wyrazu. Współczesny teatr to dla aktora kompletnie inne doświadczenie
emocjonalne. Podobnie jest zresztą z malarstwem, kinem czy z muzyką. Zmiana pokolenia była czymś nieuchronnym. Dlatego zamiast wchodzić z tym zjawiskiem w permanentną polemikę, warto
próbować wyciągnąć z tej przygody pozytywne i wzbogacające wnioski. Przecież i tak za chwilę przyjdą następni.
Nie ma innej drogi. Kiedy byłem młody, ojciec był na mnie zły, że noszę długie włosy i namiętnie słucham Stonesów i Beatlesów. Tego nie da się słuchać – mawiał. W tym nie ma
żadnej melodii itd. Dzisiaj evergreeny Beatlesów uchodzą za kwintesencję finezyjnej melodyki w muzyce popularnej. Oczywiście nie każdego twórcę los obdarzy podobnym talentem. Nie mamy
pojęcia, który z dzisiejszych idoli przetrwa próbę czasu, jestem jednak przekonany, że młody twórca, który ma wyrazisty pomysł na siebie, powinien taki pomysł zrealizować. Jeżeli będzie
w tym wszystkim szczery i utalentowany, ma szansę na wygraną, jeżeli tylko pozuje na nonkonformistę – przegra z kretesem.
Swinarski zobaczył mnie w Słowaku i powiedział podobno, że się tam marnuję i natychmiast obsadził mnie w „Hamlecie”. Zaczęliśmy próby, kilka miesięcy później
Swinarski zginął w katastrofie samolotowej.
Niewiele było wtedy innych pokus, dlatego od rana do wieczora wszyscy siedzieliśmy w teatrze. Nawet kiedy nie występowaliśmy w danym przedstawieniu, chcieliśmy oglądać kolegów, dyskutować,
spierać się o wartości. Dziwny, twórczy czas. Ze spektaklami Wajdy czy Jarockiego jeździliśmy po całym świecie, ciągle słyszeliśmy te same komplementy – że tworzymy niezwykle
zgrany zespół, prawdziwy tandem, gramy na konto kolegów – nie tylko dla siebie. Bezcenne wspomnienia.
Być może pojawianie się nazwisk takich jak Klata oznacza nową jakość. On jest błyskotliwy: przygląda się, natychmiast wyciąga wnioski, przy tym doskonale widać, że praca w teatrze sprawia
mu przyjemność. Jest pasją.
To moje życie. Wystarczy.