Pamiętam inauguracyjne zajęcia z poetyki. Magister P., postrach całej polonistyki, rozkochany w klasykach konserwatysta, nieprzejednany wróg popkultury i zajadły tropiciel jej przejawów w poezji współczesnej, miał w zwyczaju zaczynać zajęcia od cytatu, który stawał się punktem wyjścia do dyskusji. Spodziewaliśmy się, że będzie chciał skarcić nas, studentów pierwszego roku, analizą wierszy ukochanego Herberta – zapobiegliwie zrobiliśmy repetę twórczości autora "Pana Cogito". Magister P. spojrzał na nas zza grubych szkieł awiatorów i zanucił: "Bo gdy się milczy, milczy, milczy/ To apetyt rośnie wilczy/ Na poezję/ Co być może drzemie w nas", po czym poprosił o wskazanie oksymoronicznych figur w "Songu o ciszy". I jakby zgodnie z myślą zawartą w tytule – przez kilkadziesiąt sekund w sali dało się słyszeć tylko brzęczenie much. Byliśmy zbici z tropu i skonsternowani: owszem, Kofty słuchało się na imprezach w akademiku, sypało cytatami, ale do głowy nam nie przyszło, że jego piosenki mogą być przedmiotem teoretycznej debaty na uniwersytecie. Podobne zaskoczenie towarzyszy lekturze pierwszego tomu utworów zebranych autora "Wakacji z blondynką".

Przywykliśmy bowiem widzieć w Jonaszu Kofcie twórcę znakomitych piosenek poetyckich oraz kupletów, błyskotliwego skeczystę, satyryka, parodystę i piosenkarza. Stawiamy go w rzędzie największych, ale – tak samo jak Agnieszkę Osiecką, Jeremiego Przyborę czy Wojciecha Młynarskiego – postrzegamy w kontekście estrady. Poniekąd zresztą zgodnie z wolą autora: w wywiadzie, który ukaże się w drugim tomie utworów zebranych, Jaga Koftowa, żona poety, podkreśla, że sam Kofta uważał się za tekściarza. "Poetą się bywa, a nie jest" – mawiał. Do występów na scenie popychała go nie żądza celebryckiego poklasku, lecz potrzeba bezpośredniego kontaktu z publicznością. "To, co napisał, musiał natychmiast skonfrontować z odbiorcą. Jonasz był zwierzęciem estradowym" – mówi Jaga Koftowa i dodaje: "Na co dzień, chodząc, bujał się na boki, machał łapami, jak postrzelony kaczor. Ale na scenie zamieniał się w lekkie piórko – to było zjawiskowe, to był taniec. Idealnie umiał zgrać recytację, śpiew i ruch sceniczny. Na estradzie młodniał i piękniał". Sam poeta wytłumaczył się z tej skłonności w "Ździebełku": "Pragnie mój wierszyk/ Leciutko jak pchełka/ Ciepełka od państwa/ Ciepełka".

Tytuł "Co to jest miłość" charakteryzuje tematyczną zawartość książki – lwia część zamieszczonych wierszy jest roztrząsaniem anatomii uczuć. Zaś otwierający książkę rozdział "Jej portret", opatrzony dopiskiem "szlagiery", mógłby się nazywać "The best of", ponieważ zawiera znane milionom Polaków przeboje, dzięki którym Jonasz Kofta trafił do panteonu rodzimej kultury masowej. Wydawać by się mogło, że niektóre z nich – jak "Jej portret", "Wakacje z blondynką", "Autobusy zapłakane deszczem" czy "Kwiat jednej nocy" – na stałe zrosły się z muzyką. A jednak wyabstrahowane z estradowego kontekstu zachowują wewnętrzny rytm i melodykę, pokazując, że Kofta – pisząc na zamówienie, często dla konkretnego wykonawcy i mając na względzie jego artystyczny image oraz możliwości wokalne – hołdował żelaznym zasadom poetyckiego metrum i wersyfikacji. Jego szlagiery bronią się także poza sceną, eterem i ekranem, w doświadczeniu intymnej lektury, w spotkaniu czytelnika z nagim tekstem, ze słowem niekonfekcjonowanym obcym dźwiękiem, innym niż głos czytającego, co – jak się zdaje – jest najważniejszym probierzem wartości literackiej.


Autor "Tanga z różą w zębach" był subtelnym lirykiem, ale lirykiem podszytym zwątpieniem i zadumą. Ten rys najpełniej dochodzi do głosu w utworach z rozdziału drugiego "Wygnanie z raju". To wiersze ciemniejszej tonacji, liryka ciepłej zadumy, a nie radości, bardziej archeologia niż anatomia miłości. Związek dwojga ludzi w jego wierszach zawsze obarczony jest niebezpieczeństwem straty i rozpadu – niezawinionego przez nikogo. "To w nas samych/ Rozstaje/ To w nas samych cisze" – pisze autor w pięknej "Godzinie cienia". Immanentną cechą uczucia jest cierpienie – "sól miłości to niepewność" ("Niedomówienie"), "W pocałunkach czuje się/ Żal bezbrzeżny – śmiech beztroski/ Zawsze słońce rzuca cień" ("Tyle szczęścia").

Fatalizm Kofty nie ma płci, choć siłą rzeczy jego wiersze prezentują bliższy autorowi, męski punkt widzenia. "Zniszczył mnie twój biust" – wyznaje wypalony wewnętrznie "człowiek-żużel", podmiot liryczny wiersza "Femme Fatale", będącego zarazem tytułem rozdziału numer 3. Znalazły się tu wariacje na temat Mozarta, Mendelssohna, Bacha, Wertyńskiego, Ogińskiego, Vivaldiego, Prokofiewa, Debussy’ego – walce, tanga, polonezy, tańce salonowe i knajpiane, w wersji na mowę wiązaną, karnawał poetyckich obrazów i żonglerki polszczyzną. Jest tu kapitalna parodia Tuwimowskiego "Grande Valse Brillante" z "Kwiatów polskich" – "Grande Valse Frottée" – opiewająca taneczne harce w filcowych kapciach na marmurowych podłogach Zachęty i prześmiewcza satyra na fraucymer „Żona wirtuoza”. Zazdrosna o instrument, głucha na mistrzowskie klawesynowe pasaże połowica artysty wyznaje: "Ja bym grała na czarnych/ On by grał na białych/ Może nasze ręce by się kiedyś spotkały?".

Tom zamyka "Blues-minus" – zbiór tekstów kabaretowych, satyr społecznych i obyczajowych – zaskakująco aktualnych. "Bo kto ma dzisiaj czas/ Patrzeć na uśmiech Mony Lisy/ Bo kto ma dzisiaj czas/ Tak się śmiać/ Śmiać się należy/ Gębą do widza/ I pieniądz za to brać" ("Mona Lisa"). Ten tekst powstał w zupełnie innej epoce, a wydaje się żywcem wzięty z naszej codzienności.

Takich olśnień podczas lektury Jonasza Kofty jest więcej. Czekają nas kolejne – niebawem (odpowiednio pod koniec czerwca i jesienią) ukażą się następne dwa tomy utworów zebranych, w których znajdzie się jeszcze solidna porcja wierszy oraz m.in. sztuki teatralne Kofty. Czas najwyższy, byśmy zaczęli traktować autora "Kompotu" nie tylko jako tekściarza, ale także jako poetę. Na pewno nim bywał.

CO TO JEST MIŁOŚĆ, T. 1 | Jonasz Kofta | Prószyński i S-ka 2011 | 42 PLN