Holokaust a fikcja

Jedni mówią: wielka powieść, inni: obsceniczny kicz. Piszący po francusku Amerykanin, który za "Łaskawe" otrzymał liczne prestiżowe wyróżnienia, deklaruje, że nie dba o to, jak czytelnicy odbierają jego książkę. Ale w zapewnieniach Jonathana Littella jest chyba trochę pozy. Na miejscu twórcy trudno byłoby nie przejąć się tym, że "Łaskawe" sprzedały się w milionowych nakładach, wywołując jedną z najgłośniejszych debat ostatniej dekady. Opowieść Littella o cynicznym esesmanie odpowiedzialnym za eksterminację Żydów w czasie II wojny światowej epatuje okrucieństwem, przemocą, a nierzadko pornografią. Ale nie to wzbudziło największe kontrowersje. 40-letni autor w istocie odważył się naruszyć jedno z największych tabu dotyczących literatury Holokaustu – stworzył fikcję na temat Zagłady. Wraz z Littellem pojawili się inni. John Boyne, autor "Chłopca w pasiastej piżamie", poszedł w stronę baśniowej popliteratury, Argentyńczyk Gustavo Nielsen w kontrowersyjnym "Auschwitz" sięgnął po analogię, skandal i obrazoburstwo. Kwestię fikcji w literaturze Zagłady podejmuje też Janusz Głowacki w powieści "Good night, Dżerzi" poświęconej Jerzemu Kosińskiemu. Słusznie – bo "Malowanego ptaka" po Littellu odczytujemy dziś inaczej.

Pani Smith i wielokulturowy świat

"Debiut rasowego pisarza", "nowy Salman Rushdie", "najbardziej zdumiewająca książka dekady" – tak określano wydane w 2000 roku "Białe zęby" brytyjskiej autorki Zadie Smith. W olśniewających debiutach anglosaskich pisarzy niby nie ma nic nadzwyczajnego, ale tym razem świat zelektryzowała wieść o tym, że nowy Salman Rushdie ma 25 lat i jest piękną kobietą, obdarzoną niezwykłą pisarską (i życiową) dojrzałością. "Białe zęby" – błyskotliwa, przenikliwa i pełna humoru opowieść o wielopokoleniowych rodzinach mieszkających we współczesnym Londynie, przyniosła autorce sławę i stała się międzynarodowym bestsellerem. A zarazem otworzyła drzwi multikulturowej literaturze, pisanej przez drugie pokolenie imigrantów – urodzonych na Zachodzie, mocno już zasymilowanych. Kiran Desai, Hari Kunzru, Monica Ali, Gautam Malkani – wszyscy ci pisarze, podejmujący w swoich książkach temat wielokulturowości, wypłynęli na fali wielkiego sukcesu Smith. Sama sprawczyni tego zamieszania w ciągu tej dekady zdążyła zostać profesorem, eseistką, autorką kolejnych dwóch powieści, matką i żoną. Uf, to się nazywa kariera! A zglobalizowana literatura – modna i szeroko dyskutowana – po nowojorskich zamachach 11 września 2001 roku zyskała dodatkowy, niepokojący wymiar.


Wskażcie nam drogę

Podobno podstawowym dobrem naszych czasów jest informacja. Paradoksalnie jednak w nowoczesnych społeczeństwach opartych na nauce nie sposób oddzielić rzeczy ważnych od nieistotnych. Chaos informacyjny przekroczył krytyczną granicę. I pojawiło się miejsce dla nich – współczesnych przewodników duchowych, którzy potrafią wskazać drogę zagubionym owieczkom, oddzielić ziarna od plew. Wśród kobiet próbujących dojść do wewnętrznej harmonii po egzystencjalnych rozczarowaniach (czytaj: nieudanych związkach) furorę zrobiła Amerykanka Elizabeth Gilbert wydanym w 2006 roku"Jedz, módl się, kochaj". Rzecz o tym, jak podczas zagranicznych wojaży odzyskać zagubioną radość życia, sprzedała się w wielomilionowym nakładzie. Ale w tej dekadzie popularyzowane było wszystko: religia, filozofia, nauka. Szwajcar Alain de Botton w publikacjach quasi-filozoficznych nauczał, jak się odnaleźć w życiu codziennym, Malcolm Gladwell zwracał uwagę na wartość przeczuć i ukrytych trendów, zaś Al Gore marszczył brwi nad przyszłością naszej planety. Wszyscy oni kończą dekadę z napęczniałym kontem w banku. Poziom satysfakcji społecznej po lekturze ich książek pozostaje niezbadany.

Wielka kariera chorego żółwia

To była jego dekada. Nałogowy nikotynista o twarzy smutnego żółwia stał się najbardziej wpływowym pisarzem dziesięciolecia. Choć łatkę skandalisty i pornografa (co, jak wiadomo, jest najlepszą trampoliną do sławy) przypięto mu już wcześniej, w 1998 roku, kiedy opublikował "Cząstki elementarne", pisarską klasę potwierdził kolejnymi powieściami wydanymi w mijającej dekadzie. "Platformą" drążył temat terroryzmu i kupczenia usługami seksualnymi w zglobalizowanym świecie, "Możliwością wyspy" wpisywał się w dyskusję o niewesołej przyszłości ludzkości, zdanej na nowoczesne technologie. I to chyba jest tajemnica popularności Houellebecqa – właśnie on posiadł umiejętność pisania książek z uchem ustawionym na ponury rytm naszych czasów. Niektórzy upatrują w tym cynicznej strategii, ale sam zainteresowany mówi: "Jestem czystym moralistą w sprawach ważnych. Prowokator to przykre miano". Do jego słów przekonała się też wreszcie Akademia Goncourtów, która za niewydaną jeszcze w Polsce powieść "Mapa i terytorium" przyznała pisarzowi prestiżowe literackie wyróżnienie.


Lewica i skandynawskie zbrodnie

Mijająca dekada zasłużyła na miano dekady paradoksów. Kolejnym jest to, w jaki sposób lewicująca literatura triumfuje w świecie, w którym lewicowa polityka przeżywa poważny kryzys. Podczas gdy partie z lewej strony politycznej sceny nie umieją znaleźć sposobu na dotarcie do wyborców, tę sztuczkę do perfekcji opanowali twórcy skandynawskiego kryminału. Henning Mankell, Stieg Larsson, Arnaldur Indridason czy Mari Jungstedt w swoich kryminalnych seriach łączą wrażliwość na kwestie społeczne z trzymającą w napięciu akcją. Czytelnicy przeglądają się w smutnych, pogrążonych w marazmie detektywach, których pesymizm wynika z utraty złudzeń co do natury świata. Handel ludźmi, prostytucja, nierówności społeczne – dzięki milionom sprzedanych książek te, zdawałoby się, oczywiste, a wciąż niezałatwione kwestie współczesności docierają do czytelników w najdalszych zakątkach globu. Od lektury do czynu? Oby.

Równi, równiejsi, najrówniejsi

W tym roku światek literacki wydał okrzyk radości – Nobla wreszcie dostał pisarz powszechnie znany i lubiany przez czytelników. Zamiast nieznanych dysydentów z najciemniejszych zakątków globu i drapieżnych feministek z najbardziej zainfekowanych historycznie części Europy naczelne literackie wyróżnienie otrzymał Peruwiańczyk Mario Vargas Llosa. Ale to tylko pojedynczy akcent kończący dekadę – kontrowersji wokół nagród literackich w niej nie brakowało. Mówiono choćby o tym, że Nagroda Bookera w 2008 roku przyznana Aravindowi Adidze za "Białego tygrysa" jest wyrazem sympatii komisji dla literatury multikulturowej, a nie rzeczywistym uhonorowaniem wartości artystycznych książki (których jej nieco brakuje). Dziesięć lat na Nagrodę Goncourtów musiał czekać Michel Houellebecq, jury nie wahało się natomiast przyznać jej słabemu "Kamieniowi cierpliwości" Atiqa Rahimiego. Kontrowersje wokół nagród literackich nie omijają też Polski, odkąd monopol na nie został przełamany za sprawą konkurentów nagrody Nike. Coraz częściej zdarza się, że ile nagród, tyle zestawów książek – ale w końcu nic tak nie ubarwia zatęchłego życia literackiego jak siarczysta wymiana zdań.


Okultystyczne bestsellery

Niby nic takiego. Sympatyczny chłopiec w okularach pobierający nauki w baśniowej szkole magii. Tymczasem batalię przeciwko Harry’emu Potterowi wytoczyła cała armia uczonych w piśmie teologów. "Czy czytanie książek o Harrym Potterze to grzech?" – pytali zaniepokojeni internauci na portalach religijnych. W popularnych książkach J.K. Rowling dopatrywano się bowiem propagowania okultyzmu i praktyk satanistycznych. Tymczasem Kościół wkrótce miał się zmierzyć ze znacznie poważniejszym przeciwnikiem. Był nim Robert Langdon, nieustraszony naukowiec z powieści Dana Browna. Na nic zdało się tłumaczenie, że wywrotowe teorie na temat początków chrześcijaństwa i sekretnej zmowy hierarchów kościelnych strzegących mrocznej tajemnicy to jedynie licentia poetica. Kościół zdawał sobie sprawę, że w konfrontacji ze sprzedającym się w milionach egzemplarzy bestsellerem ma nierówne szanse. Efektu „Kodu...” nie osłabiły setki polemik i sprostowań. A indeks ksiąg zakazanych się wydłuża. Na horyzoncie pojawiła się nowa generacja powieściowych wampirów inspirowanych "Zmierzchem" Stephenie Meyer. Tyle że palenie niebezpiecznych książek w dobie e-booków to już nieskuteczna metoda.

Religia jako choroba urojeniowa

Pojedynek między Bogiem a Richardem Dawkinsem nie został ostatecznie rozstrzygnięty. Obaj oponenci pozostali przy swoich zdaniach. Można jednak powiedzieć, że brytyjski naukowiec podpadł Stwórcy bardziej niż sam Fryderyk Nietzsche. Autor "Narodzin tragedii" ogłosił jedynie śmierć najwyższej istoty, Dawkins z zapałem przekonuje, że wiara w Boga to wytwór szkodliwej fantazji. A przeciw religii w każdej formie i postaci wytacza działa racjonalnych dowodów, opartych na teorii ewolucji. Za sprawą autora „Boga urojonego” ateizm XXI stulecia zyskał nowy wymiar – stał się modny, jak ekologia czy zdrowy styl życia. Publikacja książki dała początek kampanii zachęcającej ateistów do publicznego deklarowania swoich poglądów. Bo ateizm to nie choroba ani powód do wstydu – przekonuje Dawkins. Tymczasem w dobie lęku przed fanatyzmem i fundamentalizmem religia ma coraz niższe notowania. W sukurs Dawkinsowi przychodzą więc kolejni filozofowie i ewolucjoniści ogłaszający antyreligijne manifesty – Daniel Dennett, Michel Onfray, Christopher Hitchens. Jedni twierdzą, że Bóg to urojenie, inni – że Bóg wcale "nie jest wielki".


Literatura migruje do sieci

Drukowana książka nie zniknie – przekonują dwaj uczeni i bibliofile Umberto Eco i Jean-Claude Carrie`re na przekór rewolucji cyfrowej i przepowiedniom o rychłej śmierci tradycyjnego medium. Tak czy inaczej, trzeba pogodzić się z tym, że w nieodległej przyszłości, mówiąc "książka", niekoniecznie będziemy mieć na myśli nieporęczny plik zapełnionych drukiem i zszytych ze sobą kartek. Gdy na rynku pojawił się Kindle, czyli pierwszy popularny czytnik e-booków, mówiono o spełnieniu idei Borgesowskiej biblioteki, niewyczerpanej księdze ksiąg. Jesteśmy już o krok od realizacji tej utopii. Wkrótce za pośrednictwem niewielkiego czytnika będziemy w stanie ściągać zasoby największych bibliotek świata, nie ruszając się z domu, a kupno książki będzie prostsze i tańsze niż kiedykolwiek. Rewolucja na rynku wydawniczym wisiała w powietrzu od dawna, zwiastowały ją już eksperymenty z powieścią internetową i kariery blogów. Bo w wirtualnym świecie każdy może być pisarzem, a książka przestaje być dobrem luksusowym.

Sąsiedzi sąsiadom ogniem

Nieczęsto książka wywołuje tak burzliwą dyskusję medialną i polityczną. Nieczęsto za sprawą literatury głowa państwa mówi: "przepraszam". Socjolog i historyk Jan Tomasz Gross zafundował nam terapię szokową. Ujawniając fakty dotyczące pogromu Żydów w Jedwabnem, zmusił Polaków do przewartościowania ich narodowej tożsamości. Polskość to nie tylko heroizm, romantyczna walka o wolność i hasła na sztandarach, to także wypierany ze zbiorowej świadomości antysemityzm, ksenofobia i zagłuszane poczucie winy. Zadomowiliśmy się w wygodnej roli ofiar, tymczasem Gross kazał nam przyjąć trudną i bolesną prawdę – bywaliśmy też zbrodniarzami. To gorzka lekcja. Nie każdy był w stanie ją przyjąć, zwłaszcza że przekaz "Sąsiadów", podobnie jak wydanego kilka lat później "Strachu" okazał się mocny i bezkompromisowy. Rozpętana burza była zarazem testem na naszą gotowość do zbiorowego rachunku sumienia. Adam Szostkiewicz nazywa Grossa "egzorcystą", bo autor "Sasiadów" budzi uśpione demony. Nadal potrzebujemy się z nimi rozprawić.


Dekada młodocianych barbarzyńców

Kiedy ponad 20 lat temu Marcin Świetlicki pisał, że trzeba "otworzyć okno i przewietrzyć pokój", aby wpuścić do literatury to, co nowe, młode i nieoczywiste, nikt nie przypuszczał, że w 2002 roku jego gest powtórzy 19-latka z Wejherowa. "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną" Doroty Masłowskiej to książka, bez której z pewnością nie da się podsumować mijającej dekady. Sensacyjny debiut nastolatki wywołał histerię wśród czytelników i krytyków literackich. Jedni okrzykiwali ją dzieckiem dotkniętym iskrą bożą, drudzy – grafomanką, która wykorzystała koniunkturę. Jedno jest pewne: powieść Masłowskiej przetarła szlaki polskiej literaturze młodych twórców, których debiuty do tej pory były utrudnione przez prymat twórczości nie zawsze pięknych czterdziestoletnich. Zaczęło się nerwowe poszukiwanie następcy pisarki, przy czym częstokroć wyborami wydawców rządziło kryterium metrykalne. Mijająca dekada pozwoliła zadebiutować Agnieszce Drotkiewicz, Sylwii Chutnik, Mirosławowi Nahaczowi, Ignacemu Karpowiczowi, Jakubowi Żulczykowi i wielu innym, których nazwiska zaginęły jednak w gąszczu historii. Żaden z młodych pisarzy nie powtórzył jednak sukcesu młodocianej królowej.

Głosy z przeszłości

W XX wieku mieliśmy dzienniki Dąbrowskiej i Gombrowicza. Dziś poznajemy diarystykę Jarosława Iwaszkiewicza i Sławomira Mrożka. Prywatne zapiski autora "Sławy i chwały" ukazały się blisko trzy dekady po śmierci pisarza, choć powstawały jako materiał przeznaczony do publikacji. Pierwsza kompletna edycja "Dzienników" wiąże się z renesansem pisarstwa Iwaszkiewicza. W ostatnich latach ukazały się także m.in. "Listy do córek" oraz biografia "Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie" Marka Radziwona. My zaś odkrywamy, że po latach, gdy ustały spory światopoglądowe, twórczość autora "Tataraku" nadal broni się jako wybitna. Odkryciem okrzyknięto też "Dziennik" Sławomira Mrożka. Tom pierwszy obejmujący lata 1962 – 1969 to próba pisarskiego oswojenia rzeczywistości – emigracyjnej, nieznanej, nieoswojonej, swoisty dialog z samym sobą, demitologizacja Mrożka przez Mrożka. Przy okazji – literatura najwyższej próby. Ubiegły rok przyniósł inne bezcenne znalezisko. "Chamowo" Mirona Białoszewskiego to swoisty dziennik, zbiór notatek z codzienności, wciąż żywy głos pisarza sprzed lat.