To jeden z takich filmów, które pamięta się latami i powraca się do nich z przyjemnością. "Pulp Fiction", które z pozoru ma być tylko obrazem sensacyjnym, przedstawiającym losy dwójki płatnych moderców, można traktować także jako lekką, naśmiewającą się z amerykańskich schematów filmowych, komedię.

Reklama

Co prawda w 1994 roku Quentin Tarantino miał już na swoim koncie słynne "Wściekłe psy", ale to dopiero "Pulp Fiction" sprawiło, że o reżyserze mówił cały świat.

Gdy dostał Złotą Palmę na festiwalu filmowym w Cannes, mówiono o nim jako o pewnym kandydacie do Oscarów. Jednak mimo sześciu nominacji (w tym dla Johna Travolty, Umy Thurman i Samuela L. Jacksona) film nagrodzony został tylko jedną statuetką za najlepszy scenariusz. Wtedy znów pojawiły się głosy, że Amerykańskiej Akademii Filmowej zabrakło odwagi, by docenić odważny i ponadczasowy obraz.

Film ten był przełomowy także dla Johna Travolty, który z aktorskiego niebytu powrócił w chwale do grona największych w Hollywood.

Do dziś filmowy Vincent Vega z rozrzewnienim wspomina wspólne sceny z Samualem L. Jacksonem i Umą Thruman i dziękuje, że na jego drodze pojawił się Tarantino, który zobaczył w nim kogoś innego niż tylko supertancerza z "Grease".