Pierwszą rzeczą, na który każdy zwróci uwagę jest obsada, z laureatem Oscara Jamie'm Foxxem na czele. Jeśli dodamy do niego ulubieńca tłumów - Eddiego Murphy oraz Beyonce, która jest obiektem westchnień milionów mężczyzn, będziemy mieli do czynienia z dreamteamem, o jakim marzy każdy reżyser.

Drugą mocną stroną filmu jest fabuła, która opowiada ukochany przez Amerykanów mit: "od pucybuta do milionera".

Reklama

Jamie Foxx gra w "Dreamgirls" sprzedawcę samochodów, który marzy o karierze w show-biznesie. Przez, jak to zwykle bywa, przypadek - trafia na grupę The Dreamletts, której jedną z wokalistek jest długonoga i bardzo apetyczna Deena James, grana przez Beyonce. Zespół osiąga oczywiście sukces, co jednak nie oznacza, że film zakończy się nudnym happy endem...

Trzecią, zdecydowanie najważniejszą sprawą, jest to, że "Dreamgirls" jest musicalem. Śpiewane w filmie piosenki zgarnęły aż trzy z pięciu nominacji do Oscara. O ile śpiewająca Beyonce to nic zaskakującego, to Eddie Murhpy w roli pląsającego wokalisty (nominacja dla aktora drugoplanowego) musiała przyciągnąć do amerykańskich kin tłumy.

Musical, choć czasem przeżywał chude lata, to zawsze gwarantował zacne wpływy producentom. Dowodem na to jest choćby "Deszczowa piosenka", "Kabaret", "Grease" , "Dirty Dancing" czy ostatnio "Chicago".

Kolejnym będzie na pewno "Dreamgirls" - film już zarobił prawie 100 milionów dolarów w samych tylko Stanach Zjednoczonych, a grad nominacji tylko te wpływy zwiększy.

W Polsce film wkroczy na ekrany 2 marca, czyli w pierwszy weekend po wręczeniu Oscarów.