Dziennik Gazeta Prawana logo

Irving: Każdą książkę zaczynam od zakończenia

10 maja 2010, 13:12
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
O tym, że Thomas Hardy byłby dziś świetnym scenarzystą, problemach z filmowymi adaptacjami własnych książek, żmudnym procesie pisania i miłości do zapasów opowiada John Irving.

John Irving: Jako pisarz jestem sam – ale o czym piszę? O dzieciństwie, rodzinie, strachu. Strach przed utratą bliskich to stały motyw w moich książkach – faktyczna ich utrata zresztą także. Dlaczego więc nie miałbym być częścią jakiejś rodziny w moim własnym życiu? Gdybym jej nie cenił, jak mógłbym się tak bardzo bać jej utraty?

Tego rodzaju powtórzenia wiążą się z tym, że masz coś wartościowego do powiedzenia. Na przykład wątek śmierci dziecka w mojej prozie nie pochodzi z wyboru; przeraża mnie przecież sama myśl o tym! Ale ów motyw nawiedza mnie mimowolnie, nie daje spokoju. Podobnie jest ze zderzeniem seksualnej niewinności z czymś wyrafinowanym – to też pojawia się stale w moich książkach, bo wciąż powraca w myślach. Różne rzeczy mówią do ciebie: „Jestem ważna”. I wtedy nie masz już wyjścia.

To właśnie te wielkie XIX-wieczne powieści sprawiły, że zapragnąłem zostać pisarzem. Były one bardzo wizualne, długie, miały wyrazistą fabułę. XIX-wieczni twórcy wkładali wiele wysiłku w pracę nad postaciami, by stały się one realistyczne, a ich charakter złożony. Podobnie było z położeniem nacisku na upływ czasu. Mówię o Dickensie, Hardym, Melville’u czy Hawthornie. Współczesna literatura nie wytrzymuje z nimi konkurencji. XIX-wieczne pisarstwo jest dla mnie ideałem formy. Oczywiście mam wielu przyjaciół, którzy piszą współczesne książki. Czytam je. To nie tak, że nie lubię współczesnej literatury. Po prostu wolę XIX-wieczną.

Powiedziałem tak? Może miałem na myśli to, że Dickens rzeczywiście byłby dobrym scenarzystą, ale to nie znaczy, że nie pisałby powieści. Mam natomiast niemal pewność, że scenarzystą – i to świetnym – zostałby Thomas Hardy. Jest najbardziej filmowy ze wszystkich pisarzy. On po prostu fizycznie opisuje wszystko, co widzi. Myślę, że pokochałby pisanie scenariuszy.

Zanim zainteresowałem się literaturą, kochałem teatr. Dorastałem na zapleczu małomiasteczkowego teatru. Moja mama była tam suflerką. Chciałem wtedy zostać aktorem – ale teatralnym, nigdy filmowym. Zawsze uwielbiałem teatr, ale nie przepadałem za filmami – nawet jako dziecko.

W moich książkach najważniejszy jest upływ czasu. Jest on równie ważny co każda z postaci. Powieści świetnie sobie radzą z ukazaniem tego procesu. Możesz patrzeć na postać, która jest już wiekowa, i nigdy nie stracić z pola widzenia tego, kim była jako dziecko. Spójrzmy choćby na Homera Wellsa, Danny’ego Baciagalupo, Jacka Burnsa, Ruth Cole czy Garpa (postaci z powieści Irvinga – przyp. red.). Kłopot z filmami jest taki, że nie potrafią dobrze oddać przemijania. Kiedy musisz zastąpić młodych aktorów starszymi, postać traci sens. Jeśli więc nie potrafię poradzić sobie z upływem czasu przy przenoszeniu książki na ekran, nie chcę w tym uczestniczyć i tracę zainteresowanie filmową wersją powieści. Odmówiłem pracy przy adaptacji „Świata według Garpa”, godząc się jedynie na stanowisko konsultanta reżysera, którym był mój przyjaciel George Roy Hill. Tak samo było z „Hotelem New Hampshire”. Po prostu nie widziałem tych książek na ekranie. Inaczej rzecz się miała z „Regulaminem tłoczni win” (sfilmowanym jako „Wbrew regułom” – przyp. red.). Wierzyłem w jego filmową wersję i zaangażowałem się całkowicie w proces jej tworzenia. Powieść rozgrywa się w ciągu 15 lat, film w ciągu 15 miesięcy. I to nie zgrzytało. Inne dwie powieści, które zgodziłem się zaadaptować – „Czwarta ręka” i „Syn cyrku” – to także książki, w których miałem pomysł na to, jak uporać się z przemijaniem w ich filmowej wersji. Jednak najczęściej nie jestem zainteresowany filmowaniem moich książek, wiem bowiem, że nie uda się wiarygodnie przekazać tego, co rozpisałem na lata.

Napisałem trzy powieści o pisarzach. I nie są to powieści autobiograficzne! Na przykład Garp jest bardzo podobny do mnie jako ojciec, ale nie jako mężczyzna, a już na pewno nie jako pisarz. Ruth Cole bardziej przypomina mnie jako pisarza – z neurotyczną wręcz potrzebą researchu chociażby. Ale jako osoba jest całkiem odmienna – może poza paroma wątkami związanymi z problemami z ojcem i (w jej przypadku) z matką. Ale Ruth nie jest taka jak ja – ja bym nigdy nie opuścił swoich dzieci, z żadnego powodu.

Danny bardzo przypomina mnie jako pisarza – dałem mu zresztą takie wykształcenie, jakie sam odebrałem. Chodziliśmy do tych samych szkół, kiedy byliśmy w tym samym wieku; podarowałem mu nawet swoją własną metodę twórczą (np. rozpoczynanie książki od końca). Ale tu kończą się podobieństwa. Świadomie wyposażyłem Danny’ego w takie życie, jakiego sam się obawiam – nie moje życie, ale wyobrażone życie koszmar. Wszystko, czego Danny obawia się utracić – utraci, wszyscy, których kocha – umrą lub odejdą. To człowiek bez domu, bez ojczyzny.

Pisząc „Ostatnią noc w Twisted River”, nie musiałem się szczególnie przykładać do researchu. Dorastałem w New Hampshire. Kiedy pracowałem w sadach jabłoniowych na południu stanu, moi kuzyni byli zatrudnieni w obozach drwali na północy. Często ich odwiedzałem, więc dobrze poznałem te miejsca i to środowisko. Mój kuzyn wciąż pracuje przy wyrębie; pokazał mi wszystko, co powinienem był zobaczyć, i zapoznał mnie z paroma starymi flisakami. Byłem też sam kucharzem – jako nastolatek zacząłem pracę w kuchni. Przeszedłem przez wiele restauracji. Jestem całkiem niezłym kucharzem. Mam też przyjaciela, który dorastał we włoskiej części Bostonu – jest Włochem i świetnie gotuje. Zresztą wielu moich przyjaciół związanych jest z branżą kulinarną – w Vermont, w Toronto… Wiec research do tej powieści był akurat łatwą sprawą.

Tak, nie zaczynam pisać, dopóki nie znam końca. Bo przyjemność z pisania znajduję w czym innym, niż w zastanawianiu się, co zdarzy się dalej. Wiem, co zdarzy się dalej. Frajda twórcza wynika z poszukiwania odpowiedniego języka do oddania rzeczy. Tymczasem zwroty akcji, intryga, następstwo zdarzeń – to część strategii organizacyjnej, a nie wynik artystycznego olśnienia. Nie piszę, by odnaleźć siebie czy cokolwiek takiego. Jestem rzemieślnikiem. Tworzę książkę, tak jak tworzy się każdą inną rzecz.

To, co mówię na temat książki, często jest dalekie od rzeczywistości. Choć rzeczywiście nie powinniśmy tak ich traktować, bo w każdej chwili możemy ich stracić. W sumie nie potrzebujemy tej ani żadnej innej rady, ale to prawda!

Ten rodzaj zapasów, o którym pani mówi – wrestling – to nie są prawdziwe zapasy, takie, w których zawodników dzieli się na kategorie wagowe i które są uprawiane także w Polsce – w stylu klasycznym i wolnym. Musi to pani kiedyś obejrzeć. Zawodnicy naprawdę nie okładają się tam krzesłami! To jest prawdziwy sport, podporządkowany surowym regułom, mający wytyczone granice tego, co można zrobić, a co jest zabronione. Natomiast te zapasy, o których pani mówi, opierają się na choreografii, gdzie wszystkie ruchy są zaplanowane. To nie sport, ale idiotyczna rozrywka. „Zapaśnik” to dobry film, lecz nie ma nic wspólnego z prawdziwymi zapasami. Jestem pewien, że polska drużyna zapaśników pozwoli pani pooglądać swój trening. Wtedy przekona się pani do tego sportu.

Przykro mi. Nie czytam polskich powieści.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj