Aforyzm Lwa Tołstoja otwierający „Annę Kareninę” – „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób” – jakkolwiek zgrabny, aż się prosi o doprecyzowanie. Bo jak odróżnić rodzinę szczęśliwą od nieszczęśliwej? Intuicja podpowiada, że można się odwołać do kryterium pamięci – nieszczęśliwa rodzina będzie jak tonący brzytwy trzymać się kurczowo wspomnień o chwilach wspólnego szczęścia, nawet jeśli były krótkie. Ewentualnie – nawet jeśli ich nie było, wszak niczego się łatwiej nie fabrykuje niż pięknych wspomnień. Dla odmiany szczęśliwa rodzina będzie żyła dniem dzisiejszym, wpatrzona w przyszłość. Tylko czy takie rodziny w ogóle istnieją?

Jak bardzo skomplikowane mogą być relacje między szczęściem a nieszczęściem, między prawdą a literackim zmyśleniem, między mitem a rzeczywistym biegiem życia, dowodzi historia pewnej rodziny, której nie sposób zaszufladkować wedle Tołstojowskiej klasyfikacji. Rodziny, która stała się w pewnym sensie gromadą zakładników pamięci o rajskim ogrodzie. Mowa tu o Durrellach – oraz ich czterech latach (1935–1939) spędzonych na greckiej wyspie Korfu.