Na początek cytat ze skromnego listu. List opowiadał o zdarzeniu, które – jak to wiele lat później określił sam autor – "przy mojej osobistej, wąskiej ścieżynce od narodzin do śmierci piętrzy się jak Stonehenge". 28 października 1949 r. Kurt Vonnegut pisał do swojego ojca: "Drogi Tato! Sprzedałem pierwsze opowiadanie do «Collier’s». Wczoraj w południe dostałem wypłatę (750 dolarów minus 10 procent prowizji dla agenta). Wygląda na to, że w najbliższej przyszłości uda mi się sprzedać jeszcze dwie rzeczy. Chyba coś drgnęło. Pieniądze wpłaciłem na konto, a kiedy i jeśli znowu coś sprzedam, zrobię to samo, dopóki nie będę miał równowartości rocznej pensji w General Electric. Wystarczą na to spokojnie cztery opowiadania, i nawet mi trochę zostanie (tego jeszcze u nas nie było), a wtedy rzucę tę cholerną, koszmarną pracę i póki życia nie poszukam drugiej, tak mi dopomóż Bóg. Od lat nie czułem się tak szczęśliwy. Całuję cię, K." (przeł. Rafał Lisowski).

Cztery opowiadania za roczną pensję? A nawet jeśli pięć – czy to w ogóle można sobie wyobrazić? Z trudem. Ale to była prawda. Jeszcze w latach 40. i 50. zeszłego wieku garść opowiadań opublikowana w mainstreamowych kolorowych czasopismach (takich jak wspomniany "Collier’s" bądź "Cosmopolitan", "Ladies’ Home Journal", "Esquire" czy "Saturday Evening Post", zwanych "slicks", "gładkimi", od gładkiego papieru, na którym je drukowano) mogła wyżywić amerykańskiego pisarza i jego rodzinę. Vonnegut – w przeciwieństwie do swojego późniejszego alter ego Kilgore’a Trouta – nie był zmuszony zamieszczać własnych tekstów "między bobrami" w magazynach porno, generalnie z rzadka schodził o półkę czy dwie niżej, do pulpowych pisemek z fantastyką (różnica była zasadnicza – "slicks" płaciły pół dolara od słowa, "pulps": dwa centy).

Oczywiście ten niewątpliwy sukces, czyli umieszczenie w ciągu dekady blisko 50 opowiadań w najchętniej czytanych czasopismach ówczesnej Ameryki, Vonnegut zawdzięczał nie tylko talentowi, lecz także agentom i redaktorom, którzy dostrzegli w młodym człowieku z Indianapolis pisarski potencjał. "Zatrudniłem agenta – pisał Vonnegut pod koniec lat 90. we wstępie do zbioru swoich opowiadań "Tabakiera z Bagombo". – Gdy przysyłałem mu opowiadanie, któremu czegoś brakowało, które nie zadowoliłoby czytelnika, mówił mi, jak mam je przerobić. Agenci i wydawcy w tamtych czasach mogli mówić autorowi, w jaki sposób ma podrasować tekst, jak gdyby byli mechanikami, a utwory samochodami wyścigowymi" (przeł. Elżbieta Zychowicz). Był to trudny, wymagający rynek – rynek, który mógł sobie pozwolić na odrzucanie opowiadań literackich gwiazd pierwszej wielkości, np. Francisa Scotta Fitzgeralda (niedawno ukazał się u nas w Rebisie zbiór takich właśnie odrzuconych jego opowiadań "Dla ciebie mogę umrzeć"), jeśli nie współgrały z normami jakości i polityką redakcyjną.