To był dobry rok dla premier książek, które powinniśmy byli poznać już dawno temu. Jego zwieńczeniem okazała się nagroda Angelus przyznana za wybitne
(Pogranicze), które czekały na polskie wydanie – bagatela - ponad trzy dekady. W podobnym letargu spoczywało
(PIW), literacki notatnik - czytany dziś zachwyca i szokuje swoją językową siłą. Dłużej, bo prawie półwiecze, zajęło
nam czekanie na „Życie i los” (W.A.B.) Wasilija Grossmana, ponurą i gorzką epopeję wojenną, stanowiącą mocne rozliczenie autora ze stalinizmem. A co poza tym? Oczywiście
„Złoty notes” (Świat Książki) Doris Lessing i „Pokój Jakuba” (Prószyński i S-ka) Virginii Woolf.
W roku 2009 miał miejsce spory ferment w polskiej poezji. Za jej symboliczny powrót na salony można uznać werdykt jury przyznającego Nagrodę Nike, która powędrowała do poety . Przemówili też ci, co mieli już nigdy nie przemówić, uderzyli ci, którzy wydawali się spacyfikowani, odezwali się najwięksi. Zaczęło się od wydarzenia
największego kalibru: kolejny tomik – „Tutaj” (Znak) – wydała noblistka Wisława Szymborska. Inna dama polskiej poezji, , opublikowała
(a5) (czytaj naszą rozmowę z poetką
>>). Świetne tomy poetyckie dostaliśmy od naszych najbardziej uznanych poetów: Adama Zagajewskiego („Niewidzialna ręka”, Znak) i Ryszarda Krynickiego
(„Wiersze wybrane”, a5). Wydarzeniem nie tylko literackim, ale i środowiskowym był nowy tomik poetycki Marcina Świetlickiego „Niskie pobudki” (EMG). A
największym zaskoczeniem mijającego roku stał się „Cantus” (a5) Jana Polkowskiego, ogłoszony po 19-letnim milczeniu poety.
Jedna kwestia jest jasna - niezależnie od tego, jak bardzo (i nie bez racji) będziemy narzekać na stan polskiej literatury, rok 2009 dowiódł, że mamy całkiem niezły zestaw profesjonalnych
pisarzy, którzy po prostu nie zawodzą. W styczniu dostaliśmy świetne eseje literackie „Po śniadaniu” (Świat Książki) Eustachego Rylskiego. Po 10 latach przygód z
dramaturgią i różnymi odmianami non fiction powrócił z klasyczną prozą - jego (Czarne) jest rodzajem rozliczenia z głównymi
motywami własnej twórczości. Zbigniew Kruszyński „Ostatnim raportem” (Wyd. Literackie) błyskotliwie wyciągnął z szafy trupa lustracji, oświetlając go pod bardzo
nietypowym kątem. Olga Tokarczuk połączyła staroświecczyznę z nowoczesnością, pisząc „Prowadź swój pług przez kości umarłych” (Wyd. Literackie), ekologiczny thriller
w duchu Agathy Christie. Zaś zbeletryzował swój scenariusz do (W.A.B.) i wyszła mu z tego bardzo zgrabna proza.
Coraz częściej się zdarza, że to nie wydawnicze giganty, a małe, prężne wydawnictwa dają nam najciekawszą literaturę, promując to, co nieoczywiste, kontrowersyjne, odległe. Wydając
niszowe książki, często ryzykują, ale też wygrywają - tak jak Czarne, które od lat publikuje prozę Herty Müller, autorki nagrodzonej w tym roku Nagrodą Nobla. Krakowskie wydawnictwo
Karakter „wydaje, co mu się podoba” - w tym roku choćby świetnego autora kongijskiego i jego . Inny
kilkuosobowy dom wydawniczy, Muchaniesiada.com (też krakowski!), wydał niedawno świetne, skandalizujące Argentyńczyka . Dzięki
pracy takich zapaleńców literackie peryferia stają się konkurencją dla coraz mniej ciekawej literatury o masowej sile rażenia.
W ostatnich latach literatura azjatycka to był u nas Haruki Murakami oraz przeważnie słabe pisarsko wspomnienia zbuntowanych pensjonarek. Ale to się szczęśliwie zmienia. Na czoło wysuwa się
tu wydawnictwo Kwiaty Orientu promujące prozę koreańską, w tym świetny zbiór . Inną wydaną w Polsce głośną koreańską
książką był „Smak języka” (Łyński Kamień) Jo Kyung-ran, rzecz o kuchni, miłości i zemście. Ale to nie koniec azjatyckich specjałów – na naszym rynku
zadebiutowali Japończycy: Ryu Murakami brutalnymi, surrealistycznymi „Dziećmi ze schowka” (Świat Książki) oraz Yuko Tawada oniryczną „Fruwającą duszą”
(Karakter). Na deser zaś dostaliśmy wybitną powieść chińską „Słownik Maqiao” (Świat Książki) Han Shaogonga – zaskakujące rozliczenie z czasami rewolucji
kulturalnej.
Rynek naprawdę dochodowej literatury pięknej żyje z napadów zbiorowego szaleństwa. Sztuką jest w tej branży zagarnąć jakąś przypadkową grupę młodocianych czytelników, uczynić z niej tzw. target i skierować solidnym marketingowym kopniakiem, najlepiej za pomocą kasowego filmu, we właściwą niszę. Ci, którzy to potrafią, mogą do końca świata żyć z odsetek. Przetrwaliśmy już potteromanię (to nie było nawet takie straszne), przetrzymaliśmy Dana Browna i chór jego naśladowców (to źródełko do dziś nie wyschło, wypluwając z siebie stosy jakichś dziwacznych literackich mutantów), a teraz musimy stawić czoła wampirom. Sukces filmowego „Zmierzchu” zaowocował zmasowanym atakiem tandetnego wampiryzmu na nasze księgarnie. Temu też damy radę. Kto przewidzi następny trend, będzie miliarderem.
Z nagrodami literackimi jest u nas jak z tylną częścią ciała – każdy ma swoją. Podziały towarzyskie i polityczne sprawiają, że do grona nominowanych albo na samo podium trafiają książki, które w innych okolicznościach nie miałyby w ogóle szans zaistnieć w literaturze wysokiej – głównie ze względu na swoja niską jakość. Doskonałą, choć niejedyną ilustracją tego zjawiska jest kariera „Doliny nicości” (Wyd. M) Bronisława Wildsteina, słabej, koniunkturalnej, stereotypowej satyry politycznej, będącej czymś w rodzaju pozytywistycznej powieści zbudowanej na schematach rodem z programu Prawa i Sprawiedliwości. Te ewidentne, dyskwalifikujące wady nie przeszkodziły książce Wildsteina w zdobyciu tegorocznej Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza. Szanowna kapituła postanowiła, jak rozumiemy, chwilowo oślepnąć.
38 procent Polaków deklaruje, że w 2008 roku przeczytało jakąkolwiek książkę – informuje Biblioteka Narodowa. W porównaniu do poprzedniego analizowanego okresu (2006) zarejestrowano 12-procentowy spadek czytelnictwa. Co ciekawe, Biblioteka Analiz, instytucja badająca rynek księgarski, zanotowała w tym czasie 14-procentowy wzrost sprzedaży książek. Ot, paradoks. Oczywiście może on wynikać z różnych sposobów pomiaru. Co więcej, czytelnictwo mierzono deklaratywnie, a zatem jego realny spadek może być jeszcze większy. Wnioski z tego następujące: ci, którzy czytają, tworzą powoli zamkniętą kastę ludzi bardziej zamożnych, zaś ci, którzy nie czytają, raczej nie będą już czytać. Nie wiedzą, co tracą.